Ciche poranki naszych jaźni

W czasach rozwoju coraz to nowych portali społecznościowych, które nawet najbardziej nieśmiałym ułatwią zdobycie wielu znajomych, czy nawet życiowego partnera (albo kilku), w czasach prorodzinnej polityki różnych organizacji, w czasach, w których pracodawcy wymagają „łatwości w nawiązywaniu kontaktów”, bycia „otwartym”, w czasach, w których co prawda wypada być singlem, ale takim „otoczonym gronem przyjaciół”, Anthony Storr – psychiatra napisał książkę o samotności. Sam tytuł dzieła – „Samotność. Powrót do jaźni” brzmi łagodnie jak święty spokój, jak cichutko nucona jazzowa ballada „Brakuje mi cichych poranków”.
Książka Storra rzeczywiście może uspokoić tych, których przebywanie w towarzystwie często przyprawia o poczucie straconego czasu, lub po prostu nudzi. Okaże się, że nie musi być przykro także opieszale poszukującym „swojej drugiej połowy”. Tom Robbins w jednej ze swoich przegadanych powieści pisał: „ludzie marnują czas poszukując idealnego partnera, zamiast stworzyć idealną miłość”. Wszystko jedno zresztą, czy znajdą idealną osobę, czy wykreują idealny związek – i tak potrzebować będą mniejszej, lub większej dozy samotności.
Książka Stora nie jest jednak napisana ku pokrzepieniu samotnych serc i dusz. Jest to uczony wykład uzasadniający założenie autora, że nie tylko relacje z bliźnimi są potrzebne człowiekowi, by zachował on psychiczną równowagę, ale także kontakt ze swoim wewnętrznym światem. Do jego utrzymania potrzebne są chwile spędzone w samotności. Storr powtarza za Freudem, iż objawem zdrowia psychicznego jest zdolność do miłości i do pracy. Współcześnie zwykło się kłaść nacisk przede wszystkim na umiejętność łączenia się w pary. Autor „Samotności” uznaje spędzanie czasu w pojedynkę za równie pożądane jak pozostawanie w kontakcie z innymi osobami. Na dowód przytacza życiorysy pisarzy, filozofów, uczonych, którym właśnie samotne życie umożliwiło tworzenie dzieł nierzadko genialnych, zapewniło satysfakcję, czy szczęśliwe chwile. Mimo, że często ich twórczość była antidotum na depresję lub inne stany utraty równowagi psychicznej z całą pewnością nie można powiedzieć, iż była z a m i a s t . Nie była to aktywność zastępująca któryś z aspektów życia społecznego, rodzinnego. Relacje międzyludzkie dla wspomnianych przez Storra postaci były marginalne. Natomiast konieczna im była duża dawka samotności. Ta bowiem potrzebna jest, by umysł mógł pracować osiągając maksymalny poziom swoich możliwości, także utrzymać kontakt ze światem wewnętrznym. To, czy jesteśmy ekstrawertykami, czy introwertykami zależy od wielu czynników. Pragnienie samotności szczególnie towarzyszy tym, którzy wśród ludzi czują potrzebę zadowalania innych (w samotności w końcu mogą być sobą) – psychologia tłumaczy to związkami z najbliższymi w bardzo wczesnym dzieciństwie. Nie mniej jednak introwersja to nie patologia. Storr trzymając się naukowych opracowań psychologów i psychiatrów wytacza teorię przystosowania przez nieprzystosowanie. Niezadowoleni z relacji w świecie społecznym dążą do uzyskania harmonii, ładu w świecie swoich wyobrażeń, myśli, tworząc nowe idee, rozwiązania w nauce, literaturze, które następnie stać się mogą kluczowe dla rozwoju poszczególnych dziedzin. Moce twórcze samotników często, choć nie jest to regułą, mobilizowane są przez brak satysfakcji z relacji z innymi ludźmi, depresję, czy utratę bliskiej osoby, lecz ich emanacje stymulują rozwój kultury w różnych zakresach.
Dlatego Storr postrzega zdolność do korzystania z wyobraźni jako biologiczną dyspozycję. Poszukiwanie sensu, spójności, penetrowanie swego wewnętrznego świata cenniejsze jest dla wielu, niż udane życie rodzinne. Cechy osobowości introwertyków, często obdarzonych dużą inteligencją, są zatem rezultatem biologicznego przystosowania.
Lektura „Samotności” wcale nie zachęca do rezygnacji z czerpania zadowolenia z pożycia z bliźnimi. Każe jednak dostrzec, że samotność jest równie potrzebna – jednym bardziej, innym mniej. Człowiek sam szacuje należną mu miarę odosobnienia jakiej powinien zażywać.
Czytając książkę Storra nie ma się wrażenia, że autor odkrywa coś bardzo nowego. Sam zaznacza, iż przewaga opinii o wyższości życia stadnego, to wymysł nie tak dawny, skupienie w samotności doceniane było dużo wcześniej. Co zastanawiało mnie od pierwszych stron lektury to to, skąd we współczesnych społeczeństwach ów nacisk na promocję stadności, skoro to właśnie samotność uwalnia potencjał tkwiący w wyobraźni, myśli jednostki. Czy komuś szczególnie zależy na tym, by ludzkość nie korzystała z ich siły? Możliwe, że łatwiej kierować społeczeństwami, których członkowie nie oddają się zajęciom wymagającym rezygnacji ze ścisłych związków między ludźmi. Głęboki namysł, systematyczna refleksja, szał twórczy nie idzie w parze z zaangażowaniem w bliskie relacje z innymi osobami. W stadzie łatwiej popaść w umysłową rutynę, rzadziej miewa się „przecieki metafizyczne”, czy nawet trudno dostrzec kim naprawdę jest człowiek, czy ludzie z którymi przestaje się bez przerwy w mniej lub bardziej zorganizowanej relacji. Dlaczego Storr musiał napisać książką, aby uwypuklić zalety samotności, aby określić ją jako wartościowy stan, równie ważny jak zachowywanie intymnych związków międzyludzkich?
Niejeden zwolennik spiskowej teorii dziejów wnioskowałby, że promocja stadności jest zamachem na wolność, gdyż to właśnie w odosobnieniu uzyskujemy kontakt z samym sobą, swoją prawdziwą tożsamość, dzięki czemu stajemy się bardziej wolni, a nie na tym zależy ważniakom tego świata.
Czy może przykazanie i pragnienie miłości tak mocno zadziałało na społeczeństwa, że uczyniły z niej jeszcze jeden cel na drodze do pełnego sukcesu? Nie trzeba jednak być psychologiem, aby wiedzieć, że trudno być z kimś, nie umiejąc być z samym sobą.
Justyna Polakowska
Anthony Storr „Samotność. Powrót do jaźni”, przełożyli: Jerzy Prokopiuk, Przemysław Jan Sieradzan, wydawnictwo W.A.B., 2010