Aleksander Sołżenicyn „Oddział chorych na raka”


Po tamtej stronie guza

d1014054

Ciężko jest stworzyć recenzję książki wybitnej, takiej, która doczekała się mnóstwa profesjonalnych opracowań i opinii. Jedyne wyjście to podejść do tematu indywidualnie. Będzie to zatem subiektywna ocena, wspomnienie wybitnie subiektywnej lektury, bez jakichkolwiek pretensji historycznoliterackich.

Sołżenicyn stworzył powieść-parabolę. I, jak na parabolę przystało, można ją czytać powierzchownie, a można próbować zagłębiać się w coraz bardziej skomplikowane niuanse, aluzje i przesłania. Patrząc od zewnątrz, otrzymujemy historię choroby, a właściwie chorób. Przez szpital onkologiczny przewijają się kolejni pacjenci, jednych poznajemy bliżej, o innych wiemy niewiele. Część wychodzi ze szpitala, o części wiemy, że nie ma dla nich ratunku. Lekarze wydają się kompetentni i profesjonalni. Ot, takie studium reakcji na ból, na wiadomość o zbliżającej się śmierci, studium trochę psychologiczne, trochę społeczne. Z niewielką dozą przebijającej się zza murów szpitala rzeczywistości, z polityką włącznie. Ale właśnie – czy niewielką?

Swoistym medium, bohaterem-kluczem, który pozwala uciec poza ramy powierzchownego odczytania „Oddziału chorych na raka”, jest Kostogłotow. Ten pacjent wiele w życiu przeżył – jest zesłańcem, spędził lata w obozie, ma „kontrowersyjne” (jak na czas i miejsce, w którym żyje) poglądy polityczne, których bynajmniej nie ukrywa. To jemu kilka razy wyrywa się prośba o przedstawienie mu „akt sprawy”, po czym zaraz poprawia się, mówiąc, że chodzi mu o „historię choroby”. To on porównuje zachowanie zwierząt w zoo do życia ludzi, widząc w nich dwa modele – kozła, który pełen wyuczonej obojętności nie reaguje na nic, i wiewiórki, która wchodzi do koła ze szczebelkami i pędzi w nim, nie posuwając się ani o milimetr do przodu i nie zdając sobie sprawy z tego, że tkwi w okrutnej pułapce, która daje jej tylko złudzenie ruchu i życia. Kostogłotow jest brama do tego świata symboli. Jego obecność na kartach powieści każe zastanowić się nad innym jej sensem, nad jej drugim dnem.

Zdaje się, że zamiarem Sołżenicyna było przedstawienie schematów działania systemu totalitarnego – osaczenia jednostki, braku nadziei na przyszłość, ogłupiania, unifikacji… Nie mnie oceniać, który z tych aspektów zdominował książkę, który jest najważniejszy. Podstawową zaletą „Oddziału chorych na raka” jest to, że każdy może z tej paraboli wyciągnąć element, który najlepiej do niego przemawia. A że jest w czym wybierać – to już niepodważalna zasługa wybitnego autora, nota bene – laureata literackiej Nagrody Nobla.

Ewa Popielarz

Aleksander Sołżenicyn, „Oddział chorych na raka”, przełożył Michał B. Jagiełło, wydawnictwo Rebis, 2010