Pola możliwości
„Należy odkuwać się od książki jak tylko się da, na wszelkie możliwe sposoby, nie można dać się złapać przez zaklęcia, trzeba z nią walczyć o swoje” – pisze Michał Paweł Markowski i pewnie chciałby, aby jego książkę traktować właśnie tak. „Odkuwam się” zatem od zbioru esejów „Słońce, możliwość, radość” ilekroć tylko wpadam w zawiłości zdań autora. „Odkuwam się” się od lektury i zastanawiam się, co te zdania znaczą. Autorowi, jak sam podkreśla, „nie chodzi o zwykłe kulturowe odniesienia i cytaty, które bawić mogą krytyków przed czterdziestką”. „Odkuwam się” od lektury czytając: „Wielkie dzieła sztuki dlatego są wielkie, że popychają nas do stawiania pytań podstawowych, na które trzeba odpowiedzieć, choć tyle odpowiedzi już dawno padło. A więc obrazy na przykład – po co są obrazy? Żeby zobaczyć to, czego zwykle nie widać, powiadają jedni. Żeby odświeżyć spojrzenie, sugerują drudzy. Lista jest długa: żeby zachwycić się kompozycją, żeby podziwiać grube warstwy ciężkiej, oleistej, barwnej masy na płótnie, żeby pamiętać, żeby zapomnieć, żeby podziwiać kunszt artysty, żeby pomyśleć, żeby nie myśleć.” W podobnie długie listy często układa się odpowiedzi na wiele innych pytań, na przykład: po co ludzie piją (alkohol)? „Odkuwam się” od książki kiedy mam wrażenie, że uroda zdań tak silnie ujęła ich rozpędzonego autora, iż nie mógł poświęcić żadnego z nich. „Odkuwam się”, a oczy moje nabierają wyrazu podobnego do oczu chłopca z obrazu Perego Borrella del Caso wykorzystanego na okładce książki.
Dezorientujące są także nagłe zmiany sposobów prowadzenia wywodu. Tak jakby autora nagle dopadała obawa, że jego „powalająca erudycja”, o której informuje nota na okładce zaciąży na odbiorze książki. Pisarz szybko stara się ją zrównoważyć. Dba o to, by tekst brzmiał spontanicznie: „Jak kafeteria beznadziejna, jak w Prado na przykład, to nawet Velázquez nie pomoże. A jak kapitalna, jak w Rijksmuseum w Amsterdamie, to wszystko się pamięta lepiej, a nawet powiedziałbym, że ja to pamiętam lepiej kruche ciastko z migdałami, które tam zjadłem, niż niejednego Rembrandta, którego mogę sobie oglądać w albumie do woli, a smak ciastka, to jest smak ciastka i się nie powtórzy (…).” Cóż za nonszalancja! Markowski uprzedza we wstępie, że to osobista książka nie ma więc co się obrażać na rozmycie wątku i (pozorny?) bałagan, który porządkuję po swojemu poszukując spoiwa kolejnych rozdziałów. Byłabym bowiem mocno rozczarowana, gdyby okazało się, że to właśnie ta poszarpana forma esejów odzwierciedlająca proces „kształtowania bezkształtu” jest głównym bohaterem książki. Szukam czegoś istotniejszego.
Markowski pokazuje sposób poznawania (świata, osób, dzieł sztuki) poprzez zdzieranie z nich kolejnych warstw omówień. Pisze o nieustannie zmieniającej się Alicji z Krainy Czarów. Kiedy tylko uda się ją nazwać, ona zmienia się w kogoś innego, znów nieokreślonego. Poznać ją (właściwie poznawać, bo nie wiadomo czy ten proces kiedykolwiek jest skończony) można odpowiadając na pytanie o to nie – „kim jest”, ale „kim nie jest”. Przeczytamy o samotności postaci z obrazów Hoppera, ich smutku wskazującym na możliwość tego, co wydarzy się poza przestrzenią zamkniętą ramami obrazu. Chwila rezygnacji, którą zdają się przeżywać te postaci, jest chwilą „przed” – tym, co potencjalne, co może się okazać. Przeczytamy także o fotografii zatrzymującej świat w kadrze lecz w tym samym momencie świat ów staje się czymś innym niż na zdjęciu.
Czy właśnie ta zmienność, nieuchwytność rzeczywistości tak cieszy Markowskiego zachwyconego spotkaną w Ameryce „przestrzenią nieprzerwanego zjawiania się świata”? Czy tą ścieżką można tropić biegającego po muzeach pisarza? Trzeba jednak być przygotowanym na to, że zostaniemy wyprowadzeni w pole możliwości.
Justyna Polakowska
Michał Paweł Markowski „Słońce, możliwość, radość”, wydawnictwo Czarne, 2010
