Podsłuchane niedofakty
„Czy to, co się stało, musiało się stać (…) co dalej z tym, co się nie stało. A dokładniej: co dzieje się z tym, co prawie się stało, ale się nie stało”. Tym właśnie zajmuje się Edward Redliński w swojej wznowionej niedawno książce „Krfotok”, o wymownym podtytule: „czyli stanu wojennego nie było…”. Autor klasyfikuje niecny proceder jako jedną z dziedzin fizyki, którą nazywa przyczynowością. Mówiąc prostym językiem, chodzi o zwyczajne „gdybanie”.
Historycy uczący w szkołach do znudzenia powtarzają, że w historii nie ma gdybania, są fakty. Ale w szkole mówi się też, że nie istnieje pierwiastek z liczby ujemnej i że nie można zaczynać zdania od „a więc”. A przecież wszyscy wiemy, że wystarczy nazwać taki zapis świadomym zabiegiem artystycznym, a już nabiera innego znaczenia. Część z nas wie też, że pierwiastkowanie liczb mniejszych od zera zbrodnią nie jest, jest po prostu zbyt skomplikowane, by tłumaczyć to licealistom.
Wystarczy więc drobna zmiana perspektywy, by odwrócić niepodważalne wydawałoby się twierdzenia do góry nogami. Daje temu dowód również Redliński, opisując, w jaki sposób wyleczył się z mitu mlekiem i miodem płynącej Ameryki. Jego różowe okulary rozbiły się, kiedy odkrył, że Jimmy Carter to po prostu Kuba Furman, Josephine Baker to Józefa Piekarz, a Liz Taylor – Ela Krawiec.
Jeśli zmiana języka może zdziałać takie cuda, to co dopiero się stanie, kiedy wyobrazimy sobie, że wybierając jedną z dróg, drugiej automatycznie nie likwidujemy. Ona żyje sobie swoim własnym życiem, gdzieś obok nas, w alternatywnej rzeczywistości. Czasem wskakuje na karty książki – wtedy powstaje np. „Krfotok”. I to „wskakuje” w sensie niemalże dosłownym, bo „Krfotok” sprawia wrażenie powieści nie napisanej, lecz przypadkiem podsłuchanej. Jest zapisem rozmów ze spotkania oglądanego na kasecie wideo. Nie ma tu miejsca na opisy i dygresje, są jedynie krótkie wyjaśniające sytuację wtrącenia – niczym didaskalia.
Redliński wybrał rozwidlenie z 1981 r. Wyobraził sobie, że 13 grudnia nie wprowadzono stanu wojennego, że historia potoczyła się zupełnie inaczej, choć trudno w to uwierzyć – o wiele gorzej. Tym razem różowe okulary zakładają bohaterowie „Krfotoku”, którzy są przekonani, że gdyby gen. Jaruzelski dopełnił swego dzieła, wówczas lud zjednoczony z wojskiem zmusiłby Rosjan do wycofania się z naszych granic. Tymczasem wybucha wojna domowa, ZSRR i NRD jednoczą się przeciwko Polsce, ginie mnóstwo ludzi, kraj zostaje podzielony, a Jan Paweł II nie wzywa już do odnowienia oblicza TEJ ziemi, lecz… zrezygnowany odchodzi na emeryturę.
My wiemy, jak było naprawdę – znamy fakty. Skoro więc gdybanie bohaterów okazuje się błędne, to możemy przypuszczać, że także gdybanie Redlińskiego miałoby nikłe szanse na realizację. Wszystko tu jest fikcją, nawet sam „krfotok” nie jest prawdziwym krwotokiem. Na wszystko trzeba patrzeć przez palce i w dodatku z przymrużeniem oka. Ale z drugiej strony – dla bohaterów książki „nasza” wersja historii jest równie nieprawdopodobna jak dla nas ich rzeczywistość. Może zatem zanim kolejny raz zaczniemy narzekać na to, co nas otacza, zastanówmy się, „co by było gdyby”. W końcu – zawsze mogło być gorzej.
Ewa Popielarz
Edward Redliński, „Krfotok, czyli stanu wojennego nie było…”, Prószyński i S-ka, 2010.
