Wiara dla niewierzących

Religia zawsze wprowadzała w moje życie moralny bałagan. Nigdy nie byłem pewny, co nakazują jej prawidła, jeśli przyłożyć je do konkretnych okoliczności w momentach wyborów. Być może człowiek prawdziwie religijny nie ma wątpliwości w żadnej z takich sytuacji. Jednak ludzie pozbawieni wątpliwości wzbudzają obawy. Prawdziwie dobrzy ludzie nie wzbudzają obaw.
Czy kryterium znajomości Pisma Świętego rozwiązałoby dylemat, kto jest człowiekiem religijnym, a kto nie? Oczywiście, nie. Zapisy biblijne nieraz wykorzystywano na tak różne sposoby, w tak różnych sprawach, że trudno byłoby przyznać słuszność wszystkim, którzy cytują Biblię z pamięci.
Kim jest człowiek religijny i czym się kieruje w swoim postępowaniu nie umiałbym sprecyzować, choć rozważam ten problem ile tylko razy mam okazję wyłapać jakieś przesłanki. Na przykład: moja znajoma silnie związana z działalnością niejednej parafii powiedziała o innej znajomej w ogóle „nie praktykującej”, że nie jest ona wprawdzie wierząca, ale „zachowuje się tak, jakby była”. W odpowiedzi otrzymała od tamtej opinię: „to sprawa dobrego wychowania” (pewnie ktoś w dzieciństwie powiedział jej, że „należy być dobrym człowiekiem”, albo, że „trzeba żyć tak, aby nikogo nie krzywdzić”). Niby proste. Nie trzeba znać na pamięć Dekalogu. Wystarczy znać kilka starych przysłów takich jak „nie rób drugiemu co tobie nie miłe”. Albo inna podsłuchana gładka konfrontacja poglądów na temat tego, czy obecność religijnego człowieka na niedzielnej mszy jest konieczna: „nie, bo przecież Bóg jest wszędzie; można zamiast uczestnictwa w mszy udać się do lasu i podziwiać piękno przyrody”. Osoba „praktykująca” odpowie: że „to pójście na łatwiznę”. To też sprawa wychowania. Dla innych - sumienia. Próbują to wszystko objaśniać i normować księża, ale mimo, iż „naród to ma w głowie, co ksiądz na ambonie powie”, to jednak „ważny jest Pan Bóg, a nie ksiądz”, który ostatecznie „też jest człowiekiem i może się mylić”. Żadnych punktów odniesienia. (Poza dobrym wychowaniem?) Oczywiście, to podsłuchane przykłady najbardziej podstawowych niespójności, zaledwie ocierających się o znacznie głębsze dylematy związane z pytaniem o to, kim jest człowiek religijny. Jeszcze trudniejsze zdaje się być pytanie, kim jest człowiek wierzący.
Odpowiedzi podejmuje się Tomáš Halík. W książce „Teatr dla aniołów” pisze o tym, co nurtuje niejednego zagubionego między wiarą a niewiarą („z jednej strony życie dialogiczne, z drugiej strony życie niezobowiązujące i nieodpowiedzialne; rzadko kiedy te dwie różne postawy wobec życia pojawiają się w całkowicie czystej postaci. Większość z nas oscyluje między snem a czuwaniem, zamknięciem a otwartością, wiarą i niewiarą.” – pisze.) Pisze jeszcze: „Cała moja teologia jest wielkim protestem przeciwko łatwemu chrześcijaństwu, które zadowala się zdumioną radością z powodu harmonii, rozumnego ładu i <<inteligentnego planu>> w przyrodzie i w historii; taką <<apolińską>> czy <<estetyczną>> wiarę uważam za powierzchowną, w gruncie rzeczy pogańską, niechrześcijańską – a więc jednostronną.” Nie podejmuję się referować myśli Halíka w obawie, że ją przekręcę. Posłużę się jeszcze jednym cytatem, aby z grubsza chociaż ją przekazać: „Powiedziałem, że wiara jest dla mnie postawą życiową polegającą na chęci <<wsłuchiwanie się w wezwanie>> i odpowiada na nie. Obejmuje zatem prawiarę w sens, który poprzedza każdy po ludzku pojmowany sens, w sens owego pierwotnego wezwania przez boski Logos. Niewiara natomiast wychodzi z przeciwnego doświadczenia ze światem i życiem: nim utrata (nieobecność) sensu, milczenie świata, poczucie absurdalności.”
Pretekstem rozważań Halíka jest propozycja kardynała (obecnie już papieża) Ratzingera dla „niewierzących przyjaciół”, aby „żyli jakby Bóg istniał”. Autor „Teatru dla aniołów” analizuje dokładnie ten postulat. Między innymi omawia taki jego aspekt, który potwierdza moje naiwne podejrzenia, że w pewnym sensie jest to sprawa (dobrego) wychowania. Nie jest ono osobistym wynalazkiem rodziców, babć, nauczycieli. Jest owocem kultury, w której istniejemy. Nawet kontrkultury mają swe źródło w kulturach. (Warto mieć to w pamięci rozmyślając o własnej tożsamości.) O co chodzi Ratzingerowi zachęcającemu, aby „postępować tak, jakby Bóg istniał”? O to może, żeby deklarujący brak wiary respektowali normy moralności mających swoje korzenie w tradycji chrześcijańskiej, by stanowiły one standard w postępowaniu.
„Teatr dla aniołów” jest inspirującą lekturą dla rozważających współczesne sposoby bycia wiernym (interesujące, że autor przekonuje, iż człowiek wierzący czasem powinien przyjąć postawę ateisty), dla chcących zrozumieć zmiany jakie zachodzą w stosunku społeczeństw do religii. Halík wiele wyjaśnia, jeszcze więcej pozostawia do wyjaśnienia.
Stanisław Krzaczyński
Tomáš Halík, „Teatr dla aniołów. Życie jako religijny eksperyment”, przełożył Andrzej Babuchowski, wydawnictwo Znak, 2011