Joanna Olczak-Ronikier „Korczak. Próba biografii”


Korczak w Mężeninie


Wyobrażenie wojen, zwłaszcza II wojny światowej, docierały do mnie z różnych stron – poprzez filmy telewizyjne, szkolne akademie rocznicowe, wspomnienia starszych członków rodziny. Wizja wojny – czegoś niepojęcie złego tkwiła we mnie od dzieciństwa. Telewizyjne obrazy zabijających i zabijanych. Podobno obecnie, w świecie rozwijających się bez umiaru mediów, jesteśmy z tym oswojeni. Myślę, że nie wszyscy. Nigdy nie odważyłam się odwiedzić Auschwitz, mimo, że wycieczka tam była obowiązkowa w ósmej klasie podstawówki. Wydawało się, że moi koledzy po powrocie czuli się zupełnie dobrze. Nie pojechałam tam także w ciągu dorosłego życia – obawiam się, że trudno byłoby mi się otrząsnąć.

Oczywiście, człowiek powinien być świadomy tego, co działo się w nie tak odległej przecież przeszłości, do czego zdolna jest istota ludzka kiedy stworzy się jej odpowiednie warunki. Mój problem w tym, że podczas tego uświadamiania wizja świata w ogóle została mocno obciążona wyobrażeniem II wojny. Trudno spodziewać się czegoś dobrego po tak przedstawionym świecie. Każda napotkana niesprawiedliwość wydaje się być prztyczkiem wobec ogromu cierpienia jaki zadano niewinnym ludziom podczas II wojny światowej. Może nie ma co zawracać sobie głowy własnym bólem, jeśli inni musieli przetrwać (albo poddać się) czemuś nieporównanie gorszemu. Myślę, że nie byłam jedynym dzieckiem, które we śnie uciekało przed uzbrojonymi Niemcami. Przesadzam? Obecnie staram się zgłębiać wiedzę historyczną bez udziału emocji. Ale i tak nie lubię książek z wojną w tle.

„Korczak. Próba biografii” Joanny Olczak-Ronikier jest solidnym opracowaniem omawiającym nie tylko postać Starego Doktora, ale także warunki historyczne w jakich dorastał, prowadził swoją działalność w dojrzałym już życiu. Kolejne wojny mocno wdzierały się w jego losy. II Wojna światowa okrutnie doprowadziła życie Korczaka do końca.

W dziecięcej filii osiedlowej biblioteki zupełnie niedawno oglądałam wystawę prac plastycznych najmłodszych czytelników o tematyce Korczakowskiej  – kolorowe obrazki przedstawiały grupę dzieci machających chorągiewkami, maszerujących w towarzystwie uśmiechniętego starszego pana w okularach (pewnie śpiewają „Choć burza huczy wokół nas”). Taka jest legenda. Tak miało wyglądać wyjście podopiecznych Korczaka z sierocińca na plac, z którego zabrano ich do obozu zagłady. Rzekomo Doktor cały czas utrzymywał dzieci w nieświadomości, obiecując wakacje za miastem. Taki obraz Korczaka także i mnie przedstawiano w szkole. Już wtedy wydawał mi się mało wiarygodny.

Ze szkoły pamiętałam: Korczak był bohaterem, a jego działalność – nieocenionej wartości. „Przyjaciel dzieci” nie wzbudzał jednak, prócz należnego szacunku, sympatii. Pochodził ze świata grozy – trudno było mi go polubić. „Król Maciuś Pierwszy” – bajka, która pokazuje, że władza łączy się z odpowiedzialnością, wydawała mi się posępną historią o dziecku przytłoczonym samotnością i smutkiem; nie wzbudzała entuzjazmu.

Zaczynając czytać biografię Korczaka chciałam znaleźć w niej postać „do polubienia”, kochaną przecież przez tylu podopiecznych Doktora. Znalazłam w rozdziale „Korczak, Tokarzewski i my”. To fragment książki opowiadający o wakacjach spędzanych w Mężeninie na Podlasiu. Było to miejsce letnich spotkań ludzi związanych ze środowiskiem teozoficznym i masońskim, choć nie tylko. Przyjeżdżały tu również zaprzyjaźnione rodziny. Składnikami „umiejętnego odpoczynku” były: jarskie jedzenie, kąpiele w Bugu, spacery po okolicznych łąkach, wspólne medytacje, oczyszczające ćwiczenia oddechowe, gimnastyka szwedzka. Ale nie obowiązywała żelazna dyscyplina i można było wypoczywać wedle własnego widzimisię.
Mężenińskie wakacje opisała także Hanna Rudniańska (jako dziecko przyjeżdżała tam również) w książce, której tytuł posłużył Olczak-Ronikier za tytuł rozdziału. Rudniańska wspomina: Doktor w swojej alpakowej marynarce: siedzi na leżaku w cieniu, na tak zwanej małej polance z tyłu za dworem, czyta jakąś grubą księgę, a zwykle w pobliżu cała czereda nas, dzieci.
W Mężeninie Korczak pisał teksty swoich radiowych pogadanek „Moje wakacje. Gadaninki Starego Doktora”, wydane później pod tytułem „Pedagogika żartobliwa” – zabawne, nie pozbawione jednak mądrych uwag świetnego pedagoga. Pogadanki odzwierciedlają nastrój dni spędzonych w Mężeninie. Korczak opisuje w nich także dzieci, z którymi spędzał lato. Czytał im kolejne odcinki swojej „mówionej powieści”. Takiego go polubiły – pełnego poczucia humoru, uczącego, na przykład, jak tworzyć oryginalne obelgi: ty perpetuum mobile, ty lukstorpedo, ty F-dur. I ja się cieszę, że Korczak był i taki także.

Rozdział „mężeniński” to mój ulubiony w tej biografii. Fakty nie pozwoliły jej autorce na napisanie innych części książki w tak pogodnym tonie. Życie Korczaka pozbawione było radości płynących z  życia rodzinnego. Działalność jaką prowadził musiała być niezwykle trudna, zwłaszcza w czasie wojen. Książka Olczak-Ronikier bardzo skrupulatnie omawia rodzaj tych trudności, dokładnie przedstawia kontekst historyczny zdarzeń. Biografia ta jest też wyważona, gdy chodzi o popularny obraz Korczaka. Autorka stara się oddzielić fakty od legendy, którą obrosła postać Starego Doktora. Korczak podczas lektury tej książki przestaje być „bohaterem męczennikiem”, staje się realną postacią – mądrym pedagogiem, dobrym człowiekiem wśród świata owładniętego przez zło.

Justyna Polakowska

Joanna Olczak-Roniker, „Korczak. Próba biografii”, wydawnictwo WAB, 2011.