Irwing Stone, „Opowieść o Darwinie”


Totalna ewolucja

Człowiek, przed którym biologia odkryła swoje najgłębsze tajemnice. Człowiek, który – niczym Galileusz (a nawet bardziej niż on) – nie wahał się zmienić oblicza światowej nauki. Człowiek opętany teorią, wytrwale zmierzający do celu, którego nagrodzono uznaniem i szacunkiem jeszcze za jego życia. Człowiek, który miał święte prawo spocząć na wieki obok Isaaca Newtona.

Karol Robert Darwin – to jemu poświęcona jest kolejna fabularyzowana biografia Irvinga Stone’a, wznowiona w tym roku nakładem wydawnictwa Muza.

Dwudziestodwuletni Charles wyrusza w podróż, która – o czym jeszcze nie wie – ma na zawsze zmienić bieg jego życia. I nie chodzi tylko o to, że w jej trakcie jego ukochana wyszła za mąż za innego mężczyznę. Na pokładzie statku HMS „Beagle” młody Darwin pełni funkcję naturalisty. Jego zadaniem jest gromadzenie materiałów głównie do badań geologicznych. Obdarzony umiejętnością zachwytu radzi sobie, mimo braku doświadczenia i młodego wieku, nad wyraz dobrze. Choć cały czas podkreśla, że po pięciu latach, gdy wyprawa dobiegnie końca, wróci do kraju i obejmie parafię, tak jak chciał tego jego ojciec. Nie wie jeszcze, że życie szykuje dla niego swój własny scenariusz.

Przełomem okazała się wizyta na wyspach Galápagos. Darwin zauważył, że zamieszkujące je żółwie mają różne dzioby. Nasunęły się pytania: dlaczego gatunki modyfikują swoje kształty? Dlaczego niektóre wyginęły, a inne wzmocniły swą pozycję w ekosystemie? W dostępnej powszechnie literaturze nie odnalazł odpowiedzi na dręczące go wątpliwości. I tak Darwin zaczął pisać dziennik, który z czasem rozrósł się do czterech opasłych tomów – dziennik o transmutacji gatunków.

Naturalista zdawał sobie sprawę z tego, że jego teorie mogą zostać odebrane jako sprzeczne z religią, z powszechnym przekonaniem o Boskim dziele stworzenia. On sam nie widział w tym jednak żadnego konfliktu: „Bóg na samym początku stworzył pewne prawa. Potem się wycofał, pozwalając, by jego prawa działały samoczynnie”. Mimo tego przekonania przypłacił swoje naukowe aspiracje zdrowiem – cierpiał na palpitacje serca i poważne problemy żołądkowe. Był już jednak zbyt opętany teorią ewolucji gatunków, by móc się wycofać…

Materiał na dobrą powieść? Owszem. Wykorzystał go Irwing Stone, by stworzyć ponad siedemsetstronicową księgę o zmaganiach Karola Darwina z własną pasją, światem nauki, swoimi wątpliwościami i przeciwnościami losu. I choć trzeba uczciwie przyznać, że powieść momentami się dłuży (kilkusetstronicowy fragment poświęcony podróży na „Beagle” mógłby skończyć się nieco wcześniej), czasem brzmi jak powiastka dla młodzieży i jest zdecydowanie za bardzo naszpikowana epitetami (Prus-pozytywista w grobie się przewraca), nie zmienia to faktu, że śledzenie losów tak wybitnego naukowca jest niezmiernie fascynujące.

Tym większa przyjemność z lektury, że nosi ona wszelkie znamiona historii autentycznej. Materiał źródłowy Stone’a jest imponujący. Na kartach książki co rusz pojawiają się cytaty z listów głównego bohatera, jego rodziny i współpracowników, wyimki z jego notatek, a i same dialogi – ewidentnie będące fikcją literacką – wydają się jakby podsłuchane u źródła.

Czytelnik, w magiczny sposób przeniesiony do Anglii XIX wieku, ma okazję śledzić „ewolucję” samego Darwina – od chłopca bezgranicznie i bezkrytycznie podporządkowanego ojcu, pełnego pasji, ale niewierzącego we własne siły, do człowieka, który nie zawahał się zmienić oblicza nauki. Galileusz, mimo swego „A jednak się kręci”, ugiął się przed inkwizycją. Darwin poszedł na „wojnę” z Kościołem, światem nauki, społeczeństwem – i wojnę tę wygrał. Może więc za swoją kolejną zasługę uważać przyczynienie się do „ewolucji” intelektualnej, dzięki której – otoczony szacunkiem – mógł spocząć w spokoju w Opactwie Westminsterskim, pewny, że zmienił oblicze nauki na całe wieki.

Ewa Popielarz

Irwing Stone, „Opowieść o Darwinie”, przełożyła Hanna Pawlikowska-Gannon, wydawnictwo Muza, 2011.