Janusz Korczak, „Król Maciuś Pierwszy”


Władca (nie)doskonały

W ostatnich latach ukazuje się coraz więcej wznowień sztandarowych pozycji literatury dziecięcej. Wydano już „Androny” Brzechwy, „Baśnie” Andersena, „Dzieci z Bullerbyn” czy „Muminki”. Część w klasycznej, część w nowej szacie graficznej. I tak jak zastąpienie ilustracji Szancera jakimikolwiek innymi można by nazwać profanacją, tak w przypadku nowego wydania „Króla Maciusia Pierwszego” pomysł odświeżenia warstwy rysunkowej był bardzo trafiony. Ilustracje Marianny Oklejak nadają książce Janusza Korczaka wiele świeżości, zachowując jednak klimat powieści i nie próbując jej na siłę uwspółcześniać. Dorosły czytelnik znajdzie tu barwy i kreskę znane z dzieciństwa, a młodzi odpoczną chwilę od Disneyowskich czy trójwymiarowych postaci, otaczających ich teraz zewsząd.

Szata graficzna „Króla Maciusia…” utrzymana jest w kolorystyce czerwieni i różu. Nie jest to co prawda królewska purpura, ale w końcu Maciuś był głównie królem dzieci, można było więc nieco zmodyfikować tę poważną „dorosłą” barwę. Monarszy patos nie dotknął też samych ilustracji. Postacie i przedmioty rysowane są jakby ręką dziecka. Czasem wydaje się nawet, że były po czasie kolorowane flamastrem – niedbale, szybkimi pociągnięciami, bez zwracania uwagi na „krawędzie”.

Trudno było nie zacząć recenzji od szaty graficznej, bo to ona najbardziej rzuca się w oczy, kiedy bierzemy do ręki nowe wydanie powieści Janusza Korczaka. Ale nie można zapomnieć o tym, co jest sednem książki – o losach Króla Reformatora. Choć niezręcznie o tym pisać, ponieważ już we wstępie autor zastrzega: „Dorośli wcale nie powinni czytać mojej powieści, bo są w niej rozdziały niestosowne, więc nie zrozumieją i będą się wyśmiewali”. Mając jednak w pamięci kolejne zdanie: „Ale jak chcą koniecznie, niech spróbują. Przecież dorosłym nie można zabronić, bo nie posłuchają – i co im kto zrobi?” – pozwoliłam sobie jednak zagłębić się w lekturę i dzięki temu mogłam poznać smutne losy dzielnego chłopca, przed którym życie postawiło bardzo trudne zadania.

Maciuś wychowywał się w zasadzie bez rodziców. Kiedy zmarł jego tata – król, Maciuś musiał objąć po nim tron. Nie przejął się tym za bardzo – sądził, że będzie wesoło, będzie nosił koronę i jeździł na wojny na białym rumaku, a poddani będą wiwatować na jego cześć. Życie szybko zweryfikowało wyobrażenia Maciusia o kierowaniu państwem. Musiał zmagać się ze swoimi ministrami i prowadzić wojny, które wcale nie były takie wesołe. Popełniał błędy, których skutki były nieraz bardzo dotkliwe. Ale na tych błędach się uczył i zawsze wyciągał z nich dobre wnioski.

Król Maciuś nie był cudownym dzieckiem, któremu wszystko się udaje. Często żałował, że wraz z koroną nie odziedziczył po ojcu także rozumu. Udowodnił jednak wszystkim swoim rówieśnikom, że w życiu nie chodzi o to, żeby wszystko umieć i wszystko robić perfekcyjnie. Każdy z nas podejmuje złe decyzje, nawet dzieci. Maciuś umiał się do nich przyznać i naprawić popełnione przez siebie błędy. I w tym tkwi cała jego wielka dziecięca mądrość, z której pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy.

Zadziwiające, jak aktualna jest w dalszym ciągu powieść wydana po raz pierwszy w 1923 roku. Wydaje się, że postęp technologiczny oddalił nas od naszych przodków tak bardzo, że nie mamy już z nimi wiele wspólnego. Okazuje się jednak, że dzieci były, są i – zapewne – będą zawsze takie same. Niechętnie chodzą do szkoły, całymi dniami się bawią, chłopcy dokuczają dziewczynkom, a dziewczynki marzą o wielkich lalkach. Raz na jakiś czas rodzi się ktoś taki jak Maciuś, kto wyrasta do rangi przewodnika. I jeśli tylko spotka na swojej drodze dobrych dorosłych doradców (ministrów), może uczynić wiele dobrego. Bo dzieciom czynienie dobra przychodzi bardzo naturalnie. Trzeba się starać, żeby ten stan trwał jak najdłużej.

Ewa Popielarz

Janusz Korczak, „Król Maciuś Pierwszy”, wydawnictwo W.A.B., 2011.