Aleksandra i Daniel Mizielińscy „Miasteczko Mamoko”


Zagubić się i odnaleźć w Mamoko

„Miasteczko Mamoko” Aleksandra i Daniela Mizielińskich jest utworem niewątpliwie wielowątkowym, choć trudno nazwać go powieścią, czy znaleźć dla niego nazwę wśród innych gatunków literackich. Po prostu tekst ogranicza się do kilku zdań z tyłu książki.  Niemniej jest to jednak opowieść. Im kto bardziej spostrzegawczy tym więcej odnajdzie w niej wątków.

Możemy zatem podążyć szlakiem świnki Zofii Ryjek, która o poranku popija kawkę spoglądając przez okno, by nieco później wyjść na zakupy, kupić parę eleganckich pantofelków. Wystąpi w nich podczas przyjęcia urodzinowego u państwa misiów, dokąd przyprowadzi  jednego z uszatych uprzednio opatrzywszy mu nóżkę (kontuzja podczas upadku z roweru). Albo Hipolit Grzywa – o świcie zbiera złom i inne niepotrzebne już nikomu rzeczy, ale nie trafi z nimi na śmietnik – to artysta, poznać po grzywie.  Jego instalacją stworzoną z zebranych gratów zainteresują się media. Hipolita prócz satysfakcji z aktu twórczego czeka sława. Ciekawy dzień ma także Szymon Detektyw od rana próbujący rozwiązać zagadkę zniknięcia obrazu Muncha „Krzyk” (cóż za dbałość o szczegół ze strony rysowników). W końcu udaje mu się złapać złodzieja – z pomocą Zygmunta Kosmicznego (nawet UFO w Mamoko jest na miejscu). Przygody bohaterów zazębiają się tworząc spójną opowieść o życiu miasta. Na każdej stronie niby bałagan, a jednak się kręci. By dostrzec co naprawdę dzieje się w Mamoko trzeba jednak mieć–oko. To idealna książka nie tylko, by ćwiczyć spostrzegawczość przez obserwację nagromadzonych na każdej ze stron szczegółów, ale także, by wyjaśnić na czym polega koncepcja społeczeństwa postrzeganego jako organizm.

Pomysły pozytywistów nie są jedynym skojarzeniem jakie miałam przy oglądaniu „Miasteczka Mamoko”. Przypomniałam sobie wiersz prosty, a niegłupi Juliana Tuwima, w którym „murarz by przecie na robotę nie ruszył, gdyby krawiec mu spodni i fartucha nie uszył”. Choć nie tylko pracy poświęcają się mieszkańcy miasteczka, jest też wiele miejsca na zabawę – specjalnie przygotowane miejsca rekreacji – jak to w dobrze zaplanowanym nowoczesnym mieście.  Jest miejsce na pracę, na zabawę, a także przestrzeń dla artystów, którzy mogą tu żyć po swojemu – jak na przykład Stanisław Szczęściarz: znalezioną w parku monetę zamienił na farby i pędzle. Jego obraz w galerii sztuki okazał się wart worka monet – tyle co balon, którym Szczęściarz udał się na krótki spacer ponad miastem, by móc przyjrzeć się mu z góry – dla fantazji, lub może w bardzo daleką podróż. Cóż, każdy ma prawo odlecieć nawet z najlepiej zorganizowanego miasta.

Pierwszym szczegółem jak zwrócił moją uwagę w książce, już na samej okładce, to postać siusiającego pieska – po nim poznałam, że „Miasteczko Mamoko” rysowali  ci sami autorzy, którzy stworzyli książkę „D.O.M.E.K.”, gdzie również spotykamy niesfornego czworonoga. Czy to znak rozpoznawczy, taka sygnaturka, Mizielińskich, czy może przypadek, nie wiem. Dla mnie – bomba.

Opowieść z Mamoko można snuć długo, mimo że książka jest prawie pozbawiona tekstu. A może właśnie dlatego. Inwencja pozostawiona została spostrzegawczości i wyobraźni odbiorcy.

Justyna Polakowska

Aleksandra i Daniel Mizielińscy „Miasteczko Mamoko”, wydawnictwo Dwie Siostry, 2011