Terry Pratchett, „W północ się odzieję”


Wielka ciut (przy)powieść

Czy można wybrać jedną z książek długiego cyklu, przeczytać ją i mieć chociażby mętne pojęcie, o co w niej chodzi? Okazuje się, że tak. O ile jest to książka napisana przez Terry’ego Pratchetta. Zapewne są inni autorzy, którzy posiedli tę trudną sztukę, ale w przypadku Pratchetta dane mi było przekonać się o tym osobiście.

Kwestia staje się jeszcze bardziej skomplikowana, jeśli powiedzieć, że cykl o Tiffany Obolałej, do którego należy książka „W północ się odzieję”, jest tylko jednym z wielu składających się na serię zatytułowaną ogólnie „Świat Dysku”. Pikanterii dodaje z kolei fakt, że autor tychże powieści od roku 1983, kiedy to wyszła pierwsza część serii, a mianowicie „Kolor magii”, pisze średnio dwie książki na rok.

Ale dość suchych faktów i liczbowych danych – ważna jest sama powieść. A ta – mówiąc szczerze – nie rzuca na kolana od pierwszych stron. Początkowo czytelnik, który nie zna poprzednich części, czuje się, jak na spotkaniu, na którym przebywają osoby znające się od lat, a na które on przyszedł z czystej ciekawości, bo słyszał, że może być ciekawie. Jak na dobrym przyjęciu – prawdziwa zabawa zaczyna się jednak dopiero po jakimś czasie. Cierpliwość zostaje nagrodzona.

Powieść Pratchetta rozwija się w zaskakujący sposób. Od prostej opowiastki dla młodzieży, i to tej młodszej, do pełnego napięcia i grozy dramatu o walce ze złem, a raczej – Złym. Pierwsze rozdziały sugerują, że będziemy mieli do czynienia z tkliwą, choć momentami dowcipną, historią o nastoletniej czarownicy, która poszukuje odrobiny miłości. Kolejne przynoszą nieco poważniejsze tematy. Dowcip i miłość nie schodzą zupełnie z pola widzenia, ale na plan pierwszy wysuwa się problem walki z uprzedzeniami, stereotypami, jadem i nienawiścią, kryjącymi się w ludzkich sercach.

Tiffany Obolała – powszechnie znana i lubiana młoda czarownica – nagle zaczyna dostrzegać niepokojącą tendencję. Otóż coraz więcej osób odwraca się od niej z niesmakiem, daje się słyszeć szepty za plecami, przechodzące z czasem w jawne oszczerstwa i ciężkie zarzuty. Rozpoczyna się nowa era polowania na czarownice. Tiffany towarzyszą Wolni Ciut Ludzie – Nac Mac Feeglowie, którzy ze swoim bojowym okrzykiem: „Łojzicku!”, gotowi są bronić swojej Wielkiej Ciut Wiedźmy przed każdym, kto raczy podnieść na nią rękę. Ale i oni nie poradzą sobie z wcieloną nienawiścią, której pusty wzrok i odór ściga Tiffany, by dopaść ją w najmniej oczekiwanym miejscu.

Na tym można by skończyć „czytanie” Pratchetta. Czarownica stacza walkę ze złem – nie pierwszy i nie ostatni raz w swoim powieściowym życiu. Ogólniejsze wnioski nasuwają się jednak same. I nie sposób ich ominąć, tym bardziej że sam autor zachęca nas do ich snucia, okraszając swoją powieść licznymi złotymi myślami (trzeba przyznać – ujętymi dość specyficznie), jak chociażby: „Najważniejsza jest równowaga. (…) środek huśtawki nie jest ani w górze, ani w dole, ale górność i dolność przepływają przez niego, choć on sam pozostaje w bezruchu”. Nienawiść czai się wszędzie, uprzedzenia i fobie otaczają nas na każdym kroku – wyczuwamy je równie dobrze jak czarownica Przebiegłego. Pratchett doskonale ukazuje sposób ich powstawania i rozprzestrzeniania się. Warto sobie uświadomić, jak (nomen omen) przebiegłe są, jak szybko potrafią nami zawładnąć, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Niepozorna powieść urośnie wówczas do rangi profetycznej księgi-ostrzeżenia, wskazówki życiowej, moralnego drogowskazu. Przesadnie? Być może. Ale tylko „ciut”.

Ewa Popielarz

Terry Pratchett, „W północ się odzieję”, przełożył Piotr W. Cholewa, wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2011.