Jak kraść, to tryliony
Ceny złota szybują. Uncja złotego kruszcu kosztuje już ponad 1700 dolarów. Dziś wiele ekonomicznych ciamajd pluje sobie w brodę, że nie poczyniło zawczasu odpowiednich inwestycji. Być może do tego smutnego grona dołączy również część czytelników „Złotego spisku” – tych, którzy dotychczas wierzyli, że wymienialność fachowo pokolorowanego papieru na dobra konsumpcyjne wpisana jest w konstrukcję tego świata.
Przesąd o stabilności systemu finansowego w dotychczasowym jego kształcie jest niemal tak powszechny, jak niezrozumienie na czym ów system polega. Świadczą o tym m.in. nasze wybory polityczne i bierne przyzwolenie na marginalizowanie w debacie publicznej problemu długu, który od kilkudziesięciu lat stanowi krwiobieg światowej gospodarki. Nie trzeba zresztą sięgać do polityki. Wystarczy zapytać kilkoro znajomych, co sądzą na temat mechanizmu kreacji pieniądza (jeśli ktoś otacza się uczonym gronem, może zaryzykować sondę uliczną). Ujmując rzecz buńczucznie: gdyby społeczeństwo wiedziało, jak powstaje współczesna mamona, z banków centralnych nie pozostałby kamień na kamieniu.
Gdy w 2008 r. okazało się, że amerykański departament skarbu oraz FED wpompują w system bankowy ponad 8 bilionów dolarów – kwotę dwukrotnie przewyższającą koszt II wojny światowej, jak wyliczył ktoś biegły w arytmetyce – mało która z telewizyjnych tęgich głów była w stanie uczciwie odpowiedzieć na pytanie, skąd bank centralny USA wytrzasnął takie zaskórniaki. Problem nadprodukcji pieniądza bez pokrycia niestety nie zajmuje naszej elity publicystycznej. Zainteresowania tą kwestią nie sposób przecież wymagać od przedstawicieli klasy politycznej, uginających się pod ciężarem rozmaitych zobowiązań – w tym do milczenia o sprawach niewygodnych. Pytań o architekturę Systemu (czy to w aspekcie finansowym, czy politycznym) zwyczajnie nie stawia się in publico, jeśli chce się zachować stanowisko, a w przypadku bardziej drażliwych kwestii – zdrowie lub życie. Często jedynym źródłem wiedzy o knowaniach zorganizowanych grup działających ponad prawem (to działalność podobna do działalności poza prawem, tyle że za pieniądze podatników) są insiderzy – osoby, które otarły się o prawdziwe mechanizmy władzy i zdecydowały się je naświetlić. Do takiej kategorii ludzi można zaliczyć Ferdinanda Lipsa, autora „Złotego spisku”.
Ten śp. szwajcarski bankier był „wtajemniczonym” raczej w miękkim tego słowa znaczeniu. Lips w świecie finansów nie działał bowiem jako decydent, ale przedsiębiorca i menadżer. Był współzałożycielem i dyrektorem zarządzającym Rothschild Bank AG w Zurychu, a w 1987 r. w tym samym mieście otworzył własny bank – Bank Lips AG. W 1998 r. Lips sprzedał wszystkie udziały w swoim przedsięwzięciu i zaangażował się w działalność na rynku złota. Książka „Złoty spisek” – trzecia publikacja Lipsa na temat złotego kruszcu – po raz pierwszy ukazała się w 2003 r. pod tytułem „Gold Wars”. Pozycja zaprezentowana przez wydawnictwo Wektory jest zaktualizowaną wersją pierwotnej edycji.
Określenie „spisek” do tematu złota jako środka płatniczego pasuje jak ulał. Likwidacja złotego standardu to bowiem efekt konsekwentnej dyspozycyjności zachodnich sfer rządowych wobec światowej finansjery – począwszy co najmniej od powołania amerykańskiej Rezerwy Federalnej w 1913 r. po dzień dzisiejszy. Zanim doszło do największego w historii powszechnej skoku na kasę, złoto przez tysiąclecia sprawdzało się jako ekwiwalent towarów i usług. Jak przypomina Lips, złoty kruszec jako środek płatniczy stosowany na większą skalę znany jest od czasów starożytnego Egiptu. Siedemdziesiąty dziewiąty pierwiastek z tablicy Mendelejewa służył jako pieniądz między innymi starożytnym Babilończykom, Chińczykom, Inkom, Etiopczykom, Arabom, Grekom i Rzymianom. Ta bez mała ogólnoludzka skłonność do błyszczącego metalu w czasach nowożytnych zaowocowała złotym standardem, czyli wymienialnością „not bankowych” (banknote) na kruszec. Ten system pieniądza najwcześniej rozwinął się w Wielkiej Brytanii, gdzie ekperymenty ze złotem jako środkiem płatniczym sięgają 1664 r., ale faktyczny parytet został ustanowiony dopiero na mocy Ustawy Bankowej z 1844 r., zobowiązującej Bank Anglii do wykupywania swoich banknotów. Na początku XX w. złoty standard funkcjonował w 50 krajach świata, w tym we wszystkich uprzemysłowionych. Wymienialność złota nie była efektem międzynarodowych porozumień. Standard ten narodził się naturalnie, jako sprawdzony i najlepszy znany system pieniężny. Co ciekawe, w Wielkiej Brytanii parytet złota przyjął się wbrew intencjom rządu, a odpowiednie ustawy zatwierdzały jedynie istniejący stan rzeczy. W USA parytet złota obowiązywał od 1834 r., zastępując standard srebera. Wymienialność kruszcu zwykle zawieszano w kryzysowych sytuacjach, takich jak wojna. Zgodnie z danymi przytoczonymi przez Lipsa, w okresach obowiązywania klasycznego standardu w latach 1834–1862 i 1879–1913 w Stanach Zjednoczonych wahania cen detalicznych dochodziły do 26 proc., a na początku i końcu tych okresów ceny były niemal na tym samym poziomie – sytuacja zupełnie nie do pomyślenia w dobie pieniądza fiducjarnego, jak elokwentnie określa się dutki wypłukiwane z powietrza. I wojna światowa stała się pretekstem do zawieszenia wymienialności bankowej makulatury na kruszec. Jak ocenia Lips, „gdyby nie zrezygnowano ze standardu złota, wojna nie trwałaby dłużej niż kilka miesięcy”. Zwyczajnie zabrakłoby na nią funduszy.
Likwidacja klasycznego standardu złota w 1914 r. była początkiem ery pustego pieniądza, który stał się jedną z głównych przyczyn erozji wolności gospodarczej, a w efekcie – społecznej. W eleganckiej formie tę zależność wyraził w eseju „Złoto i wolność gospodarcza” z 1966 r. cytowany przez Lipsa Alan Greenspan, którego późniejsza rola w utrwalaniu władzy kartelu bankowego podczas pięciokrotnej kadencji na stanowisku szefa Rezerwy Federalnej jest trudna do przecenienia: „Złoto i wolność gospodarcza są niepodzielne. Bez standardu złota nie istnieje żadna możliwość ochrony oszczędności przed ich utratą w wyniku inflacji. (…) Zadłużenie państwa to tylko inne określenie ukrytego odbierania majątku. Złoto stoi temu wszystkiemu na przeszkodzie i samo w sobie jest gwarantem własności i praw własności”. Dosadniej istotę sprawy ujął sam Lips: „Opierając się na pięćdziesięciu latach doświadczenia, badaniu rynków i studiowaniu pieniądza, doszedłem do przekonania, że zlikwidowanie dziewiętnastowiecznego standardu złota jest największą tragedią wszechczasów. Spowodowało ono, że niemal od stu lat świat funkcjonuje w obrębie monetarnej ziemi niczyjej i może również doprowadzić ludzkość ostatecznie do całkowitej utraty wolności”. Fazą schyłkową funkcjonowania realnego pieniądza był system z Bretton Woods, obowiązujący od 1944 do 1971 r. Ustanawiał on prymat dolara jako waluty międzynarodowej wymienialnej na złoto według stałego kursu 35 dolarów za uncję. System dewizowo-złoty był bronią obosieczną USA – z jednej strony służył jako narzędzie finansowej dominacji Stanów Zjednoczonych nad resztą świata, z drugiej zobowiązanie amerykańskiego rządu do wymienialności dolara na złoto doprowadziło do stopnienia rezerw kruszcu, a w końcu zniesienia parytetu. Ostatnim bastionem złotego standardu była Szwajcaria – do 1999 r., gdy niewielką przewagą głosów w referendum przyjęto nową konstytucję, otwierającą szersze perspektywy dla tamtejszej wytwórni papierów wartościowych.
Likwidacja parytetu złota, której spiskowe okoliczności szczegółowo naświetla Lips, nie jest po prostu cezurą w historii ekonomii, lecz wydarzeniem o znaczeniu cywilizacyjnym. Oderwanie pieniądza od jego „materialnego substratu” w postaci kruszcu i przeniesienie go w sferę czystej abstrakcji stworzyło możliwość praktycznie nieograniczonego namnażania kapitału przez nieliczne grono finansowych alchemików, niepodlegających mechanizmom demokratycznej kontroli. W ten sposób rozpoczął się proces ostatecznego transferu bogactwa społecznego oraz nierozerwalnie z nim związanej wolności obywatelskiej w ręce wąskiej elity władzy. Jak to możliwe? Schemat jest bardzo prosty. Polega on na stopniowym wciąganiu poszczególnych państw w otchłań zadłużenia, a więc uzależnianiu ich przez system bankowy i międzynarodowe instytucje finansowe przy asyście lokalnych rządów, pełniących w tym trójkącie rolę służebną. Konieczność spłacania rosnących odsetek (dla przykładu: „obsługa długu” Polski kosztuje 40 miliardów złotych rocznie) skutkuje cięciami budżetowymi i rabunkową prywatyzacją (kolejny etap koncentracji własności), co rodzi niezadowolenie społeczne, często prowadzące do wyładowań ulicznych. Bynajmniej nie zakłócają one transferu władzy, ale stanowią jego katalizator. Kolejne zamieszki, często inicjowane przez prowokatorów, jak w przypadku niedawnego Marszu Niepodległości, dają rządom dogodny pretekst do zaostrzenia środków społecznego nadzoru.
Gdzie jest finał tego procesu? Niektórzy optymiści po prawej stronie sceny ideowej wierzą w rychły krach „światowego socjalizmu” i nastanie epoki wolnego rynku. Jest to przekonanie głeboko naiwne. Nie uwzględnia bowiem faktu, że niewydolny system pustego pieniądza i pączkującej biurokracji nie jest celem sam w sobie, ale stanowi jedynie narzędzie, a zarazem etap centralizacji władzy. Rozwijana na jego zapleczu aparatura kontroli społecznej korzysta z dobrodzejstw technologii do niedawna obecnych jedynie na łamach literatury science fiction. Stopniowo prowadzi to do sytuacji, w której jakikolwiek bunt będzie duszony w zarodku, a „elementy aspołeczne” będą poddawane szczególnemu nadzorowi lub izolowane. Tymczasem postępujące zubożenie społeczeństw oraz wywłaszczanie państw, będące efektem planowego działania świetnie zorganizowanych ośrodków pozakonstytucyjnej władzy, sprzedawane jest opinii publicznej jako „kryzys”, „recesja”, efekt „cyklu koniunkturalnego” i tym podobne wesołości. W tym całym lunaparku jedyną realną funkcją rządów, oprócz tworzenia zasłony dymnej dla swoich zakulisowych mocodawców, jest zarządzanie masą upadłościową państwa, w skład której wchodzi społeczeństwo – dojone z efektów swojej pracy za pomocą coraz większych obciążeń podatkowych obejmujących coraz więcej sfer ludzkiej aktywności. Domknięcie procesu zniewolenia nastąpi jednak nie tyle na drodze rosnącej eksploatacji ekonomicznej społeczeństw, ale wskutek transformacji samego systemu płatniczego.
Niedawno w Szwecji, będącej poligonem doświadczalnym rozwiązań w duchu aksamitnego totalitaryzmu, rozgorzała „debata” w sprawie likwidacji gotówki. Argumenty przemawiające za takim posunięciem są nośne – możliwość ograniczenia szarej strefy, czarnego rynku, liczby kradzieży i napaści rabunkowych, a także oszczędności związane z zaniechaniem druku banknotów i wybijania monet. Wystarczy dotkliwy spadek poziomu życia, by został odpalony odpowiedni arsenał politmarketingowy, tumaniący i tak już ledwie przytomną opinię publiczną, która bez większych ceregieli przesiądzie się z szeleszczących papierków na plastik nadziewany mikroczipem. W nowych okolicznościach przyrody nie tylko niemożliwe będzie pożyczenie sąsiadowi 500 zł do pierwszego bez dzielenia się tą informacją z fiskusem (ścisły monitoring podatkowy transakcji online jest kwestią raczej bliskiej przyszłości). Nierealne będzie również zachowanie w tajemnicy przed państwem faktu skorzystania z pisuaru w szalecie miejskim w określonym miejscu o określonej godzinie. Jutrzenka tego awansu cywilizacyjnego zajaśniała niedawno również nad Wisłą, gdy nasze-nienasze banki zgodnie zaczęły wtykać klientom bezstykowe karty płatnicze. Jednak plastik ma przed sobą niewiele dłuższy żywot niż gotówka. W awangardzie postępu są bowiem wszczepiane pod skórę mikroczipy, pełniące funkcję nie tylko nośnika płatniczego, ale również bazy danych – m.in. identyfikacyjnych, ale także zdrowotnych – na temat ich „użytkownika”. Zresztą cóż to za awangarda, skoro z tego rozwiązania już od lat ochoczo korzysta kalifornijska wieczna młodzież, pracownicy wielu korporacji i instytucji państwowych w USA czy Meksyku, oferują je nawet barcelońskie kluby swoim „gościom VIP”.
Ale nie ma strachu – życie z anteną RFID pod skórą podobno jest całkiem wygodne. Umożliwia na przykład szybką przeprawę przez kasę w megamarkecie. W dodatku wszczepionego mikroczipu – w odróżnieniu od złota – nikt nam nie podwędzi. A jeśli ktoś nie lubi być lokalizowany przez satelitę i chciałby mieć czym wyżywić dziatki mimo braku poparcia dla linii politycznej rządu światowego? Cóż… Technototalitaryzm, podobnie jak demokracja, nie jest w stanie zadowolić każdego.
Przemysław Ćwik
Ferdinand Lips, „Złoty spisek”, przełożyła Małgorzata Gawlik, wydawnictwo Wektory, 2010
