Pytania bez odpowiedzi
Książka, która już na okładce tło ma skomponowane z powtarzających się haseł: „surrealistyczny świat”, „kafkowsko-orwellowska atmosfera”, chcąc nie chcąc, tworzy wokół siebie klimat wielkiego oczekiwania i wielkich nadziei. Czytelnik widzi, czytelnik porównuje, czytelnik wymaga. I niestety – może się nieco zawieść.
Zawód nie będzie srogi, bo „Śledztwo” Philippe’a Claudela jest naprawdę wciągającą lekturą. Z krótkiej okładkowej recenzji dowiadujemy się, że inspiracją dla autora były masowe fale samobójstw, jakie szerzyły się wśród pracowników jednej z francuskich korporacji w 2009 roku. I taką właśnie zagadkę ma rozwiązać główny bohater powieści – bezimienny Śledczy. Ma dojść przyczyny tragicznych zdarzeń.
Nie tylko Śledczy jest w książce Claudela pozbawiony imienia. Wszyscy bohaterowie nazywani są od swoich funkcji – Przewodnik, Dyrektor, Policjant… Są każdym i nikim jednocześnie, osobą, człowiekiem z krwi i kości, a zarazem bytem nieokreślonym. Podobnie jak samo Śledztwo, które właściwie w ogóle się nie rozpoczyna.
Klimat książki jest rzeczywiście iście kafkowski. Błądzimy wśród mgieł, w świecie bez barw, bez nazw własnych, w przestrzeni pełnej prowadzących donikąd schodów i pokojów bez okien. Zagmatwanie i mglistość są spotęgowane do tego stopnia, że dosłownie nic się w książce nie wyjaśnia. Nawet jedne z ostatnich wyróżnionych graficznie zdań to wciąż pytania.
Można by snuć przypuszczenia, że powieść jest metaforą życia w Korporacji, stłamszenia jednostki, zatracenia własnego „ja”. Znalazłoby się wiele przykładów tę tezę potwierdzających, jak choćby anonimowe postacie czy morza ludzi i samochodów przemieszczające się bezmyślnie zwartymi grupami po ulicach i chodnikach miasta. Z drugiej jednak strony autor czyni co chwilę aluzje do sytuacji śmierci, życia po życiu, nieba i czyśćca. Na ścianie pokoju, w którym mieszka Śledczy, i na breloku Korporacji widnieje wizerunek wąsatego staruszka; budynek Korporacji jest cały w bieli, a przy biurkach pracują osoby o nieokreślonej płci (aniołowie?); Korporacja (niebo?) kontroluje wszystkie możliwe dziedziny życia (ich wyliczenie zajmuje całą stronę, a nie wyczerpuje wszystkich przykładów), a gdy Śledczy wchodzi do pokoju Dyrektora, oślepia go porażająco jasne światło.
Kto szuka jasnych sytuacji, prostych lub prawie prostych odpowiedzi i fabuły z morałem, niech nie sięga po „Śledztwo”. Philippe Claudel na kartach swojej książki przez cały czas bawi się z czytelnikiem, igra z jego wyobrażeniami. Naprowadza go na trop, który w kolejnym zdaniu stanowczo obala. Ta powieść to majstersztyk, jeśli chodzi o budowanie atmosfery i tworzenie złudnych nadziei na odnalezienie sensu. Ale czy ten sens w ogóle istnieje? Czy jakikolwiek sens istnieje? Główny bohater nie rozwikłał swojego Śledztwa. Ba, nie dane mu było nawet go rozpocząć.
Ewa Popielarz
Philippe Claudel, „Śledztwo”, przełożyła Krystyna Sławińska, wydawnictwo Czytelnik, 2011.
