<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Wolna Książka</title>
	<atom:link href="http://wolnaksiazka.pl/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://wolnaksiazka.pl</link>
	<description>swobodne rozważania o literaturze</description>
	<lastBuildDate>Mon, 13 Feb 2012 12:14:29 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=</generator>
		<item>
		<title>Alain de Botton &#8222;O pocieszeniu, jakie daje filozofia&#8221;</title>
		<link>http://wolnaksiazka.pl/2012/02/02/alain-de-botton-o-pocieszeniu-jakie-daje-filozofia/</link>
		<comments>http://wolnaksiazka.pl/2012/02/02/alain-de-botton-o-pocieszeniu-jakie-daje-filozofia/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 02 Feb 2012 19:13:52 +0000</pubDate>
		<dc:creator>justyna</dc:creator>
				<category><![CDATA[książki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wolnaksiazka.pl/?p=1423</guid>
		<description><![CDATA[Ożywczy zefirek rozwiewający brodę filozofa Z każdego wynalazku trzeba umieć właściwie skorzystać. Najlepszej jakości wieżą Hi-Fi można posłużyć się sprawiając ból – słuchając natarczywych dźwięków coraz silniej wnikających w psychikę odbiorcy. Można jednak urządzenie takie wykorzystać do słuchania muzyki kojącej nerwy, przymnażającej dobrostanu. Oczywiście, nie tylko z wynalazków myśli technicznej da się zrobić narzędzie zachęty [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Ożywczy zefirek rozwiewający brodę filozofa</strong></p>
<p><strong><a href="http://wolnaksiazka.pl/images/O-pocieszeniach-jakie-daje-filozofia_Alain-de-Bottonimages_big27978-83-62676-06-4.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-1424" title="O-pocieszeniach-jakie-daje-filozofia_Alain-de-Botton,images_big,27,978-83-62676-06-4" src="http://wolnaksiazka.pl/images/O-pocieszeniach-jakie-daje-filozofia_Alain-de-Bottonimages_big27978-83-62676-06-4-188x300.jpg" alt="" width="188" height="300" /></a><br />
</strong></p>
<p>Z każdego wynalazku trzeba umieć właściwie skorzystać. Najlepszej jakości wieżą Hi-Fi można posłużyć się sprawiając ból – słuchając natarczywych dźwięków coraz silniej wnikających w psychikę odbiorcy. Można jednak urządzenie takie wykorzystać do słuchania muzyki kojącej nerwy, przymnażającej dobrostanu. Oczywiście, nie tylko z wynalazków myśli technicznej da się zrobić narzędzie zachęty do rozwojowych rozważań, konstruktywnego działania, albo smętnej destrukcji. Zdobycze myśli humanistycznej także mogą stać się wodą na młyn lepszego życia lub przyczynkiem udręki uniemożliwiającej osiągnięcie choćby dobrego samopoczucia.</p>
<p>Nie wystarczy znać tezy filozofów, trzeba umieć z ich nauk wyciągnąć pożytek. Nie chodzi o jakieś  „zastosowanie”, które miałoby nadać filozofii pragmatyczny charakter, spłycić jej idee. Chodzi o to, by pozwolić myśli humanistów oświetlać nasze własne perspektywy raczej niż prowadzić na manowce pesymizmu. Nie można pozostawiać wynalazku tej pięknej nauki na pastwę garstki smutasów z branży, czasem tylko kwitując ich czarnowidztwo uznaniem ich „niestety słusznych diagnoz”. Ze zdobyczy myśli filozofów korzystać należy w sytuacjach zdarzających się w życiu, nie tylko na salach konferencyjnych, czy zadymionych mrocznych kanciapach, świadomie dążąc do osiągnięcia założonego stanu. Ufam, że najczęściej stanem tym jest rozumna, ale i radosna egzystencja.</p>
<p>Najłatwiej ucieszyć się myślą filozofów nastawionych bardziej na odkrywanie w życiu radości właśnie, niż pogłębianie cierpienia – bez względu na okoliczności. Niestety, takich znajdujemy w zamierzchłej starożytności. Cóż, historia daje popalić najtęższym głowom. Im intelektualista bardziej współczesny, tym bardziej unurzany w defetyzmie. Takie mam wrażenie. (Od razu prostuję – na ten temat mogę mieć tylko wrażenie, bo nie posiadam rzetelnej wiedzy w tym zakresie.) Kolejne wrażenie  mam takie, że współcześni intelektualiści lubią utaplać się w rozkładzie i dowodzić, iż „to już koniec”. Cóż, historia daje popalić… Dlatego łatwiej może pocieszenia szukać u filozofa, który nawet łykając cykutę miał nadzieję na to, że ludzkość jeszcze dojdzie do rozumu.</p>
<p>Niewiele ponad sto lat po Sokratesie urodził się Epikur – ten lubił się ucieszyć.  Alain de Botton proponuje prześledzenie myśli filozofa utrzymującym, iż ich szczęście zależy od możliwości korzystania z przedmiotów zbytku, a przyjemność płynąca z egzystencji równoznaczna jest z korzystaniem z kosztownych ofert biur podróży, restauracji, etc. Otóż nie, wedle Epikura to przyjaźń, wolność rozumiana jako unikanie zwierzchników, protekcjonalności, wewnętrznych konfliktów i rywalizacji, myślenie – trzeźwa analiza zamiast nerwowego oglądania się na czyhające trudności, stanowią o szczęściu. Oczywiście, mimo, że wydaje się to proste, w fazie realizacji wcale proste nie jest. I po to właśnie jest potrzebna znajomość myśli Epikura – nie powierzchowna, ale porządnie przemyślana, zinternalizowana. Lektura książki „O pocieszeniach, jakie daje filozofia” de Bottona to jedynie inspiracja. Jej autor to świetny popularyzator nauk humanistycznych. Przy tym wcale nie ucieka się do trików często stosowanych przez literatów, mających na celu osiągnięcie zwrócenia uwagi czytelników nastawionych wyłącznie na czerpanie z lektury nieskomplikowanej zabawy. Nie, nie. Pisarstwo de Bottona jest szczere i odkrywcze, nawet jeśli specjaliści dziedzin, w zakresie których się porusza uznają je za niezbyt fachowe. Możliwe zresztą, że z zazdrości, bo nie łatwo jest pisać lekko, a jednak mądrze o sprawach nie zawsze prostych. A de Botton potrafi. I nie poprzestaje na starożytnych mędrcach. Pokazuje między innymi jak myśl Schopenhauera może pocieszyć w cierpieniach miłosnych, albo dzieło Nietzschego w stawianiu czoła trudnościom. Czy traktuje filozofię zbyt utylitarnie? Nie, de Botton ożywia ją, dowodzi, że może być ona obecna w naszym życiu – obecna i pomocna w realnych zmaganiach z rzeczywistością.</p>
<p><strong>Justyna Polakowska</strong></p>
<p>Alain de Botton, „O pocieszeniach, jakie daje filozofia”, przełożył Paweł Piasecki, wydawnictwo <a href="http://czuly.pl">Czuły Barbarzyńca</a>, 2011</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wolnaksiazka.pl/2012/02/02/alain-de-botton-o-pocieszeniu-jakie-daje-filozofia/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Dan Wells &#8222;Nie jestem seryjnym mordercą&#8221;</title>
		<link>http://wolnaksiazka.pl/2012/01/18/dan-wells-nie-jestem-seryjnym-morderca/</link>
		<comments>http://wolnaksiazka.pl/2012/01/18/dan-wells-nie-jestem-seryjnym-morderca/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 18 Jan 2012 04:18:57 +0000</pubDate>
		<dc:creator>justyna</dc:creator>
				<category><![CDATA[książki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wolnaksiazka.pl/?p=1402</guid>
		<description><![CDATA[Za ścianą Mord może nie mieć języka, lecz nieraz Odezwie się nadprzyrodzonym głosem - William Szekspir,„Hamlet&#8221; Chciałam przeczytać tę książkę z dwóch powodów: ponieważ jestem fanką serialu „Dexter&#8221;  i dlatego, że tydzień wcześniej przyśniło mi się morderstwo. Mordercą byłam ja. Na szczęście to był tylko sen, a książka okazała się jedynie.. poprawnie skonstruowanym  horrorem. „Nie jestem [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Za ścianą</strong></p>
<p><strong><a href="http://wolnaksiazka.pl/images/Wells_Niejestemseryjnym_500px.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-1404" title="Wells_Niejestemseryjnym_500px" src="http://wolnaksiazka.pl/images/Wells_Niejestemseryjnym_500px-199x300.jpg" alt="" width="199" height="300" /></a><br />
</strong></p>
<p><em>Mord może nie mieć języka, lecz nieraz</em></p>
<p><em>Odezwie się nadprzyrodzonym głosem</em></p>
<p>- William Szekspir,„Hamlet&#8221;</p>
<p>Chciałam przeczytać tę książkę z dwóch powodów: ponieważ jestem fanką serialu „Dexter&#8221;  i dlatego, że tydzień wcześniej przyśniło mi się morderstwo. Mordercą byłam ja. Na szczęście to był tylko sen, a książka okazała się jedynie.. poprawnie skonstruowanym  horrorem.</p>
<p>„Nie jestem seryjnym mordercą&#8221; jest  debiutem Dana Wellsa. Książka otwiera trylogię losów Johna Cleavera, piętnastolatka ze zdiagnozowaną socjopatią, z obsesją na punkcie seryjnych morderców, dla którego balsamowanie zwłok w zakładzie pogrzebowym matki to codzienna rutyna. Gdy jego rodzinnym miastem wstrząsa fala niewyjaśnionych zbrodni, chłopak czuje się w obowiązku  powstrzymać mordercę.  Jednak powodowany ciekawością, mimo namierzenia sprawcy, nie doprowadza do jego natychmiastowego ujęcia. Rozpoczyna z nim grę. Wyjątkowo niebezpieczną grę, która może się zakończyć tylko jednym..</p>
<p>Do pierwszego punktu zwrotnego całej historii, napięcie rosło. Niestety potem  szybko opadło i już tylko nieznacznie się wahało. Nie trudno było przewidzieć finał.</p>
<p>Schemat nawiązuje ściśle do „Dextera”( literackiego pierwowzoru Jeffa Lindsay`a).  Jest więc  główny bohater;  pozornie zwyczajny człowiek, na co dzień stykający się ze śmiercią w swojej pracy, poza nią rozkładający zbrodnie na czynniki pierwsze. Gdy obsesja się pogłębia &#8211; rodzą się problemy. U Lindsay`a  problemy na miarę mężczyzny, u  Wellsa &#8211; nastolatka, który musi szybko dorosnąć.  Podobnie jak Dexter, Cleaver dostrzega w sobie drzemiącego demona (u pierwszego to  „Mroczny Pasażer” , u drugiego infantylnie brzmiący „Pan Potwór”). Obaj za wszelką cenę starają się tłumić swoje żądze.</p>
<p>Na fali popularności wyżej wspomnianego serialu czy  „The Sopranos”, zapanowała moda na uczłowieczanie zabójców. Także i w tym przypadku mamy mordercę z sąsiedztwa, zza ściany. Ciepłego i uczynnego, przeżywającego osobisty dramat. Właściwie nie powinno być w tym nic dziwnego. W końcu każdy z nas skrywa w sobie morderczy instynkt (wnikliwy opis tego zjawiska opisuje David M. Buss w świetnej książce „Morderca za ścianą”). Setki analiz popełnionych zbrodni wciąż jednak nie dają jednoznacznej odpowiedzi, dlaczego w toku ewolucji wciąż zabijamy. To nieco przeraża  (mnie, odkąd jako dziecko przeczytałam „Władcę much” Williama Goldinga). Morderstwo wywołuje w nas lęk ale równie mocno fascynuje.</p>
<p>Ciekawie zapowiadał się wątek relacji Cleavera z jego niczego nieświadomą matką (spotykających się najczęściej przy drobiazgowo opisanym przez Wellsa balsamowaniu zwłok ), z sympatią ze szkoły, czy z jego empatycznym  terapeutą. Niestety, nawet jak na pierwszą część trylogii, zbyt słabo zarysowane postacie rozmywają się w toku akcji. Szkoda. Jak na horror przystało „Pan Potwór” ma pewne nadprzyrodzone zdolności &#8211; dla mnie na tym koniec całej niezwykłości książki Wellsa. Tym jednak, przed którymi  dopiero pierwszy sezon „Dextera”, może się ona spodobać.</p>
<p>p.s. Pragnę jeszcze dodać, że od czasu mojego niedawnego snu, głęboko w sobie ukryłam Mr Hyde`a i wzmogłam czujność.</p>
<p><strong>Ewa Gołda</strong></p>
<p>Dan Wells &#8222;Nie jestem seryjnym mordercą&#8221;, przetłumaczyła Maria Makuch, wydawnictwo <a href="http://znak.com.pl">ZNAK</a>, 2011.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wolnaksiazka.pl/2012/01/18/dan-wells-nie-jestem-seryjnym-morderca/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ola Cieślak „Złe sny”</title>
		<link>http://wolnaksiazka.pl/2012/01/16/ola-cieslak-%e2%80%9ezle-sny%e2%80%9d/</link>
		<comments>http://wolnaksiazka.pl/2012/01/16/ola-cieslak-%e2%80%9ezle-sny%e2%80%9d/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 16 Jan 2012 03:33:54 +0000</pubDate>
		<dc:creator>justyna</dc:creator>
				<category><![CDATA[książki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wolnaksiazka.pl/?p=1395</guid>
		<description><![CDATA[Och, jaka śliczna książeczka! I straszna, i śmieszna Są ludzie, którzy trzymają pod poduszką notesik i ołówek, aby zaraz po przebudzeniu mogli zapisać swój sen. (Później, kiedy już wstaną i przetrą oczy mogą już go nie pamiętać). Nie wszystkie sny udaje się jednak opisać w formie spójnej fabuły, czy obrazu. Sny najczęściej wymykają się takim [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h2></h2>
<p><strong>Och, jaka śliczna książeczka! I straszna, i śmieszna</strong></p>
<p><strong><a href="http://wolnaksiazka.pl/images/zle_okl_napis_.jpg"><img class="alignright size-full wp-image-1396" title="zle_okl_napis_" src="http://wolnaksiazka.pl/images/zle_okl_napis_.jpg" alt="" width="270" height="240" /></a><br />
</strong></p>
<p>Są ludzie, którzy trzymają pod poduszką notesik i ołówek, aby zaraz po przebudzeniu mogli zapisać swój sen. (Później, kiedy już wstaną i przetrą oczy mogą już go nie pamiętać). Nie wszystkie sny udaje się jednak opisać w formie spójnej fabuły, czy obrazu. Sny najczęściej wymykają się takim próbom. Ostatecznie – w opisie – ulegają deformacji.</p>
<p>Sny trudno sklasyfikować. Diabełek we śnie może być dobrym kolegą, a przestraszymy się zbyt szerokiego uśmiechu aniołka. Czy oniryczną wizję nazwiemy koszmarem, czy dobrym snem zależy od nieuchwytnych wrażeń jakie mieć będziemy w ułamku sekundy po przebudzeniu. Jak opowiedzieć niejasnej wymowy sny, niewytłumaczalne, takie, które nie są ewidentnie ani dobre, ani złe – niewinne i złowieszcze zarazem?</p>
<p>Okładka książki Oli Cieślak to graficzna prezentacja takiej właśnie niejednoznaczności. Srebrne literki umieszczone są na czerwonym tle w białe grochy, takie jak u muchomorka. Pierwsze wrażenie jest takie, że kiedy bierzemy książeczkę do ręki mamy ochotę powiedzieć: „och, jaka śliczna książeczka”. Kiedy jednak patrzymy na nią dłużej dostrzegamy, że ten muchomorek to właściwie bardzo przypomina grzyba nuklearnego.</p>
<p>Za okładką następuje wiele cudacznych grafik – i strasznych, i śmiesznych. Mamy tu miłe dziecinne twarzyczki z wąsami, mózg w słoiku, trochę golizny z uszami dzikich zwierząt. Przyśnić się mogą różne rzeczy. Jak bowiem umysł inaczej niż we śnie może radzić sobie z czymś, co pozornie jest normalne, lecz z gruntu – dziwaczne. Dziwactwa przeróżne tkwią na przykład w języku potocznym. Co zrobić z czymś, co się drze ? – oczywiście, zanieść do krawca. A jeśli drze się dziewczynka? Dziewczynkę, która się drze należy zaprowadzić do krawca – to logiczne. Lokujemy pieniądze lub trzymamy je w skarpecie. Skoro lokujemy także uczucia, to logiczne, że niektórzy (ci, co nie lokują) trzymają je w skarpecie. Jeśli kaganiec jest sposobem na gryzące psy, to cóż dziwnego w stosowaniu tego samego sposobu wobec gryzącego swetra.</p>
<p>We śnie tracimy kontekst, ale w umysłach wciąż pełno słów kurczowo trzymających się swoich znaczeń. Stąd „Złe sny” Oli Cieślak.</p>
<p>Książka jest edytorskim cackiem. Niewiele w niej tekstu, dużo obrazków. (Może w swych notesikach do zapisywania snów, powinno się je raczej rysować?) Surrealistyczny posmaczek odwiedzie wyobraźnię młodego odbiorcy od uładzonych bajkowych ilustracji ku absurdom czyhającym w języku i w obrazach imaginacji niczym pytania, „które  czaiły się między zębami pewnej dziewczynki”  – jednej z postaci występujących w snach autorki książki –  „i napadały na dorosłych znienacka”.</p>
<p><strong>Justyna Polakowska</strong></p>
<p>Ola Cieślak „Złe sny”, wydawnictwo <a href="http://www.wydawnictwobona.pl/">Bona</a>, 2011.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wolnaksiazka.pl/2012/01/16/ola-cieslak-%e2%80%9ezle-sny%e2%80%9d/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Norbert Elias „O procesie cywilizacji”</title>
		<link>http://wolnaksiazka.pl/2012/01/09/norbert-elias-%e2%80%9eo-procesie-cywilizacji%e2%80%9d/</link>
		<comments>http://wolnaksiazka.pl/2012/01/09/norbert-elias-%e2%80%9eo-procesie-cywilizacji%e2%80%9d/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 09 Jan 2012 12:10:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>justyna</dc:creator>
				<category><![CDATA[książki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wolnaksiazka.pl/?p=1379</guid>
		<description><![CDATA[Nóż i widelec w procesie przemian społecznych Człowiek cywilizowany je nożem i widelcem, ale to kulturalnych ludzi zamykanie drzwi nie trudzi. Czy zatem człowiek cywilizowany jada w przeciągu? Mówimy o „cywilizacji Majów”, ale też o „kulturze Celtów”. Czy dlatego, że nie znamy poezji Majów? Człowiek nie wszystkie pojęcia poznaje z literatury fachowej. Pojęcia te przyswajamy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://wolnaksiazka.pl/images/986b988ef140889aa012f40d2703d805.jpg"><img class="alignright size-full wp-image-1381" title="986b988ef140889aa012f40d2703d805" src="http://wolnaksiazka.pl/images/986b988ef140889aa012f40d2703d805.jpg" alt="" width="192" height="274" /></a><strong>Nóż i widelec w procesie przemian społecznych</strong></p>
<p>Człowiek cywilizowany je nożem i widelcem, ale to <em>kulturalnych ludzi zamykanie drzwi nie trudzi</em>. Czy zatem człowiek cywilizowany jada w przeciągu? Mówimy o „cywilizacji Majów”, ale też o „kulturze Celtów”. Czy dlatego, że nie znamy poezji Majów? Człowiek nie wszystkie pojęcia poznaje z literatury fachowej. Pojęcia te przyswajamy w większości w kontekstach, w jakich używają ich inni. Bardzo często posługujemy się nimi intuicyjnie. Intuicja jednak nie zawsze sprzyja precyzji, jeśli chodzi o ustalanie znaczeń słów.</p>
<p>Chcąc uściślić, czym jest cywilizacja i co stanowi różnicę między cywilizacją a kulturą, otwieramy dzieło Norberta Eliasa „O procesie cywilizacji”. Już sam tytuł (także i obszerność woluminu) wskazuje na to, że nie mamy co liczyć na proste odpowiedzi.  Jeśli bowiem coś jest „w procesie” to pewnie znaczenie nazwy tego czegoś ewoluuje, zmienia się w czasie, zależy też od przestrzeni. Czytamy<em>: Nie dla wszystkich jednak narodów Zachodu „cywilizacja” znaczy to samo. Istotna różnica zachodzi zwłaszcza między angielskim i francuskim rozumieniem tego słowa z jednej strony a rozumieniem niemieckim – z drugiej. W pierwszym wypadku pojęcie to wyraża w jednym słowie dumę ze znaczenia własnego narodu, z postępu, jaki osiągnął Zachód i w ogóle ludzkość. W drugim, w słownictwie niemieckim, „cywilizacja” oznacza coś bardzo wprawdzie pożytecznego, mimo wszystko jednak mającego wartość drugorzędną, mianowicie coś, co obejmuje jedynie stronę zewnętrzną człowieka, powierzchnię bytu ludzkiego. Słowem zaś, które w języku niemieckim wyraża samowiedzę, które przede wszystkim daje wyraz dumie z własnych dokonań i własnej wartości, jest słowo „kultura”.</em></p>
<p>Pojęcie cywilizacji jest w ruchu. Trudne do ujęcia w sposób jednoznaczny. Ale też wysiłek Eliasa mający na celu wyśledzenie go wśród epok, społeczeństw owocuje najciekawszymi historiami z życia Europy.</p>
<p>W 1530 roku Erazm z Rotterdamu wydał rozprawę „De civitate morum puerilium”, która to książka cieszyła się dużą poczytnością. Tłumaczono ją na kilka europejskich języków, kilkakrotnie wznawiano. Ten renesansowy hit wydawniczy traktował po prostu o zachowaniu się w towarzystwie – tekst miał pouczać młodych jak należy się wyglądać, poruszać się, jaki przybierać wyraz twarzy w różnych sytuacjach życia społecznego, towarzyskiego. Człowiek przestrzegający norm zachowania opisanych  w „przewodniku” Erazma z Rotterdamu zasługiwał na miano cywilizowanego.</p>
<p>Elias wykazuje, że standardy zachowania, to co zwykło się nazywać „cywilizowanym” w odróżnieniu od „niecywilizowanego” zmieniało się w zależności od przeobrażeń rzeczywistości społecznej.  Dziś nie wycieramy nosa w sposób nakazywany przez renesansowego mistrza, inaczej zachowujemy się przy stole, wszystko, co robimy w towarzystwie, robimy inaczej. Między innymi dlatego, że cywilizowany człowiek w toku dziejów uczył się coraz ściślej trzymać na postronku swoje emocje czy odruchy fizjologii.</p>
<p>Elias śledzi zmiany obyczajów, omawia zagadnienia wzajemnego traktowania się ludzi wspólnie siedzących przy stole, w pracy, podczas zabawy, ale też pokazuje procesy przeobrażeń narodów, społeczeństw w rozumieniu socjologicznym, politologicznym. To obszerny materiał historyczny, bogaty w analizy językowe tekstów źródłowych, dane z zakresu demografii geograficznej. Zebrany materiał zachwyca umiejętnością konkludowania szerokiej wiedzy różnych dyscyplin. To, czy współcześni socjologowie opierają swe teorie na koncepcji Eliasa, czy kwestionują jego podejście, dla czytelnika spoza grona „naukowców profesjonalistów” może mieć drugorzędne znaczenie. W „O procesie cywilizacji” urzeka właśnie ta interdyscyplinarna podróż poprzez dzieje obyczajów.</p>
<p>Są takie pojęcia, których używamy często intuicyjnie – nie zawsze sięgając do literatury fachowej. Gdybym miał określić kim jest człowiek cywilizowany, w odróżnieniu od kulturalnego, powiedziałbym, że ten cywilizowany potrafi wykorzystywać osiągnięcia współczesnej techniki do swoich celów, spełnia podstawowe normy porozumiewania się z człowiekiem współtworzącym tę samą społeczność. Człowieka zaś kulturalnego rozpoznamy w mniej funkcjonalnej relacji z innym – w sposobie zwracania się, w którym ważny jest nie tylko transfer informacji, ale też przekaz emocji, subtelna zawartość intencji.</p>
<p>Czy zgodziłby się z takim określeniem różnicy Elias? A co na to socjologia? Cóż, zależy gdzie i kiedy. Znaczenia pojęć zmieniają się, tak jak społeczeństwa. Język potoczny nie zawsze nadąża za socjologiem – tropicielem zmian rzeczywistości społecznej, zwłaszcza tak wnikliwym jak Elias.</p>
<p><strong> Stanisław Krzaczyński</strong></p>
<p>Norbert Elias „O procesie cywilizacji”, przełożyli: Tadeusz Zabłudowski, Kamil Markiewicz, wydawnictwo <a href="http://wab.com.pl">W.A.B</a>., 2011</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wolnaksiazka.pl/2012/01/09/norbert-elias-%e2%80%9eo-procesie-cywilizacji%e2%80%9d/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Philippe Claudel „Śledztwo”</title>
		<link>http://wolnaksiazka.pl/2011/12/31/philippe-claudel-%e2%80%9esledztwo%e2%80%9d/</link>
		<comments>http://wolnaksiazka.pl/2011/12/31/philippe-claudel-%e2%80%9esledztwo%e2%80%9d/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 31 Dec 2011 10:48:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>justyna</dc:creator>
				<category><![CDATA[książki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wolnaksiazka.pl/?p=1374</guid>
		<description><![CDATA[Pytania bez odpowiedzi Książka, która już na okładce tło ma skomponowane z powtarzających się haseł: „surrealistyczny świat”, „kafkowsko-orwellowska atmosfera”, chcąc nie chcąc, tworzy wokół siebie klimat wielkiego oczekiwania i wielkich nadziei. Czytelnik widzi, czytelnik porównuje, czytelnik wymaga. I niestety – może się nieco zawieść. Zawód nie będzie srogi, bo „Śledztwo” Philippe’a Claudela jest naprawdę wciągającą [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Pytania bez odpowiedzi</strong></p>
<p><a href="http://wolnaksiazka.pl/images/Sledztwo_Philippe-Claudelimages_big25978-83-07-03268-9.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-1376" title="Sledztwo_Philippe-Claudel,images_big,25,978-83-07-03268-9" src="http://wolnaksiazka.pl/images/Sledztwo_Philippe-Claudelimages_big25978-83-07-03268-9-188x300.jpg" alt="" width="188" height="300" /></a></p>
<p>Książka, która już na okładce tło ma skomponowane z powtarzających się haseł: „surrealistyczny świat”, „kafkowsko-orwellowska atmosfera”, chcąc nie chcąc, tworzy wokół siebie klimat wielkiego oczekiwania i wielkich nadziei. Czytelnik widzi, czytelnik porównuje, czytelnik wymaga. I niestety – może się nieco zawieść.</p>
<p>Zawód nie będzie srogi, bo „Śledztwo” Philippe’a Claudela jest naprawdę wciągającą lekturą. Z krótkiej okładkowej recenzji dowiadujemy się, że inspiracją dla autora były masowe fale samobójstw, jakie szerzyły się wśród pracowników jednej z francuskich korporacji w 2009 roku. I taką właśnie zagadkę ma rozwiązać główny bohater powieści – bezimienny Śledczy. Ma dojść przyczyny tragicznych zdarzeń.</p>
<p>Nie tylko Śledczy jest w książce Claudela pozbawiony imienia. Wszyscy bohaterowie nazywani są od swoich funkcji – Przewodnik, Dyrektor, Policjant&#8230; Są każdym i nikim jednocześnie, osobą, człowiekiem z krwi i kości, a zarazem bytem nieokreślonym. Podobnie jak samo Śledztwo, które właściwie w ogóle się nie rozpoczyna.</p>
<p>Klimat książki jest rzeczywiście iście kafkowski. Błądzimy wśród mgieł, w świecie bez barw, bez nazw własnych, w przestrzeni pełnej prowadzących donikąd schodów i pokojów bez okien. Zagmatwanie i mglistość są spotęgowane do tego stopnia, że dosłownie nic się w książce nie wyjaśnia. Nawet jedne z ostatnich wyróżnionych graficznie zdań to wciąż pytania.</p>
<p>Można by snuć przypuszczenia, że powieść jest metaforą życia w Korporacji, stłamszenia jednostki, zatracenia własnego „ja”. Znalazłoby się wiele przykładów tę tezę potwierdzających, jak choćby anonimowe postacie czy morza ludzi i samochodów przemieszczające się bezmyślnie zwartymi grupami po ulicach i chodnikach miasta. Z drugiej jednak strony autor czyni co chwilę aluzje do sytuacji śmierci, życia po życiu, nieba i czyśćca. Na ścianie pokoju, w którym mieszka Śledczy, i na breloku Korporacji widnieje wizerunek wąsatego staruszka; budynek Korporacji jest cały w bieli, a przy biurkach pracują osoby o nieokreślonej płci (aniołowie?); Korporacja (niebo?) kontroluje wszystkie możliwe dziedziny życia (ich wyliczenie zajmuje całą stronę, a nie wyczerpuje wszystkich przykładów), a gdy Śledczy wchodzi do pokoju Dyrektora, oślepia go porażająco jasne światło.</p>
<p>Kto szuka jasnych sytuacji, prostych lub prawie prostych odpowiedzi i fabuły z morałem, niech nie sięga po „Śledztwo”. Philippe Claudel na kartach swojej książki przez cały czas bawi się z czytelnikiem, igra z jego wyobrażeniami. Naprowadza go na trop, który w kolejnym zdaniu stanowczo obala. Ta powieść to majstersztyk, jeśli chodzi o budowanie atmosfery i tworzenie złudnych nadziei na odnalezienie sensu. Ale czy ten sens w ogóle istnieje? Czy jakikolwiek sens istnieje? Główny bohater nie rozwikłał swojego Śledztwa. Ba, nie dane mu było nawet go rozpocząć.</p>
<p><strong>Ewa Popielarz</strong></p>
<p>Philippe Claudel, „Śledztwo”, przełożyła Krystyna Sławińska, wydawnictwo <a href="http://czytelnik.pl">Czytelnik</a>, 2011.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wolnaksiazka.pl/2011/12/31/philippe-claudel-%e2%80%9esledztwo%e2%80%9d/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Anna Czerwińska-Rydel „Trylogia Gdańska”</title>
		<link>http://wolnaksiazka.pl/2011/12/11/anna-czerwinska-rydel-%e2%80%9etrylogia-gdanska%e2%80%9d/</link>
		<comments>http://wolnaksiazka.pl/2011/12/11/anna-czerwinska-rydel-%e2%80%9etrylogia-gdanska%e2%80%9d/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 10 Dec 2011 22:25:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>justyna</dc:creator>
				<category><![CDATA[książki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wolnaksiazka.pl/?p=1347</guid>
		<description><![CDATA[Siew astronomów, siew fizyków Najgorzej powiedzieć dziecku, że jest „urodzonym humanistą”. Pobłażliwe traktowanie przedmiotów ścisłych ma potem utwierdzać wyrokujących nauczycieli i samego ucznia w słuszności postawionej diagnozy. Były czasy (całkiem niedawno), kiedy nie trzeba było wcale zdawać na maturze matematyki. Upadła królowa nauk nie udzielała swych łask z podziemia. Nigdy nie dowiem się jakich metafor [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Siew astronomów, siew fizyków</strong></p>
<p><strong><a href="http://wolnaksiazka.pl/images/H2.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-1351" title="H" src="http://wolnaksiazka.pl/images/H2-228x300.jpg" alt="" width="228" height="300" /></a><br />
</strong></p>
<p>Najgorzej powiedzieć dziecku, że jest „urodzonym humanistą”. Pobłażliwe traktowanie przedmiotów ścisłych ma potem utwierdzać wyrokujących nauczycieli i samego ucznia w słuszności postawionej diagnozy. Były czasy (całkiem niedawno), kiedy nie trzeba było wcale zdawać na maturze matematyki. Upadła królowa nauk nie udzielała swych łask z podziemia. Nigdy nie dowiem się jakich metafor pozbawiła moją wyobraźnię nieznajomość matematyki, której przestałam się uczyć w liceum opieczętowana stemplem z napisem „urodzona humanistka”. Chociaż czasem myślę, że te metafory mogły przyjść do mnie inną drogą, to jednak często mi żal przebąblowania lekcji przedmiotów ścisłych.</p>
<p>Systemy edukacji zmieniają się, belfrowie, metody nauczania także. Niebezpiecznie oddać się w ich nerwowe ręce. Znacznie lepiej jest uniezależnić się od nich, a w każdym razie nie dać im prowadzić wyobraźni. To wydaje się wcale nietrudnym zadaniem, kiedy śledzi się działalność niektórych wydawnictw. Na przykład – wydawnictwa Muchomor.</p>
<p>Kogo poznajemy w dwóch pierwszych tomach „Trylogii Gdańskiej”? Jana Heweliusza i Daniela Fahrenheita – dwóch chłopców, którzy gdzieś w XVII-wiecznym Gdańsku mieli swoją mamusię i tatusia, rodzeństwo, kolegów. W pewnym momencie życia, zarówno jednego, jak i drugiego zaczęły intrygować sprawy w tamtych czasach trudne do wyjaśnienia przez najlepszych nauczycieli. Autorka – Anna Czerwińska-Rydel omawia losy obu sław nauk ścisłych na tle epoki, w której żyli. Ale nie tylko o przygody tych szczególnych postaci tu chodzi. Ani o to, że w odróżnieniu od innych bohaterów książek dla dzieci żyły one naprawdę. Kluczową zaletą obu opowieści jest przedstawienie dziedzin w jakich położyli swe zasługi. I tak w książce „Wędrując po niebie z Janem Heweliuszem” czytamy o stanie wiedzy astronomicznej – tej, którą znamienity gdańszczanin mógł poznać w szkołach i tej, do jakiej musiał dojść sam, dysponując opisanymi narzędziami, budując nowe – własnego pomysłu. „Ciepło – zimno. Zagadka Fahrenheita” podobnie – omawia, czym zajmował się fizyk, czego szukał i co znajdował badając zagadnienie temperatury.</p>
<p><a href="http://wolnaksiazka.pl/images/F1.jpg"><img class="alignright size-medium wp-image-1353" title="F" src="http://wolnaksiazka.pl/images/F1-229x300.jpg" alt="" width="229" height="300" /></a></p>
<p>Często słyszy się opinię, że klasyka literatury dziecięcej pozostaje niezrozumiała dla odbiorcy z uwagi na obecne w niej wyrazy, które wyszły już z obiegu. Od dawna w języku potocznym nie używa się słowa „stalówka”,„kałamarz” i wielu innych. Czy zatem powinno pisać się książki korzystając wyłącznie ze słów znanych przez dzieci? (Niewiele wiedziałyby one o rzeczywistości innej niż ta, której na co dzień doświadczają, gdyby nieznane wyrazy trafiły na indeks tych zakazanych.) Jeśli wyraz „stalówka” uniemożliwia lekturę „Plastusiowego pamiętnika”, co w przypadku opowieści o astronomie sprzed czterystu lat posługującym się w pracy się „kwadrantami”, „sekstantami”, a nawet „oktantami”?  Co z historią fizyka konstruującego „chronometr”, „teleskop”, „hipsobarometr”? Autorka wyjaśnia te słowa, dlatego ich obce brzmienie nie zniechęca do lektury. Tak jak i nazwiska innych naukowców przewijające się w obu książkach, ważnych dla rozwoju astronomii, fizyki, badaczy współczesnych bohaterom opowieści, a także działających dużo wcześniej. Na końcu „Wędrując po niebie…” i „Ciepło – zimno…” znajdują się też odpowiednio: „Dodatek astronomiczny” oraz „Dodatek młodego naukowca” – wiadomości ściśle związane z dziedzinami, które młody czytelnik może zapragnąć zgłębiać na poważnie.</p>
<p>Ale to nie wszystko. „Trylogia Gdańska” jest niezwykle gustownie ilustrowana przez Agatę Dudek. Grafiki wykorzystujące stare ryciny są skomponowane bardzo nowocześnie – pełne ruchu, zestawień elementów z przeróżnych źródeł, jednak łączących się w spójną całość. Ilustracje zainteresują zarówno „urodzonych humanistów”, jak i tych, których pęd do poznania pozostaje nieograniczony.</p>
<p><strong>Justyna Polakowska</strong></p>
<p>Anna Czerwińska-Rydel, „Wędrując po niebie z Janem Heweliuszem”, „Ciepło &#8211; zimno. Tajemnica Fahrenheita&#8221;, ilustrowała Agata Dudek,  wydawnictwo <a href="http://Muchomor.pl">Muchomor</a>, 2011</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wolnaksiazka.pl/2011/12/11/anna-czerwinska-rydel-%e2%80%9etrylogia-gdanska%e2%80%9d/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ferdinand Lips, „Złoty spisek”</title>
		<link>http://wolnaksiazka.pl/2011/11/23/ferdinand-lips-%e2%80%9ezloty-spisek%e2%80%9d/</link>
		<comments>http://wolnaksiazka.pl/2011/11/23/ferdinand-lips-%e2%80%9ezloty-spisek%e2%80%9d/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 23 Nov 2011 07:36:02 +0000</pubDate>
		<dc:creator>justyna</dc:creator>
				<category><![CDATA[książki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wolnaksiazka.pl/?p=1342</guid>
		<description><![CDATA[Jak kraść, to tryliony Ceny złota szybują. Uncja złotego kruszcu kosztuje już ponad 1700 dolarów. Dziś wiele ekonomicznych ciamajd pluje sobie w brodę, że nie poczyniło zawczasu odpowiednich inwestycji. Być może do tego smutnego grona dołączy również część czytelników „Złotego spisku” – tych, którzy dotychczas wierzyli, że wymienialność fachowo pokolorowanego papieru na dobra konsumpcyjne wpisana [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Jak kraść, to tryliony</strong></p>
<p><a href="http://wolnaksiazka.pl/images/58-111-large.jpg"><img class="alignright size-full wp-image-1343" title="58-111-large" src="http://wolnaksiazka.pl/images/58-111-large.jpg" alt="" width="300" height="300" /></a></p>
<p>Ceny złota szybują. Uncja złotego kruszcu kosztuje już ponad 1700 dolarów. Dziś wiele ekonomicznych ciamajd pluje sobie w brodę, że nie poczyniło zawczasu odpowiednich inwestycji. Być może do tego smutnego grona dołączy również część czytelników „Złotego spisku” – tych, którzy dotychczas wierzyli, że wymienialność fachowo pokolorowanego papieru na dobra konsumpcyjne wpisana jest w konstrukcję tego świata.</p>
<p>Przesąd o stabilności systemu finansowego w dotychczasowym jego kształcie jest niemal tak powszechny, jak niezrozumienie na czym ów system polega. Świadczą o tym m.in. nasze wybory polityczne i bierne przyzwolenie na marginalizowanie w debacie publicznej problemu długu, który od kilkudziesięciu lat stanowi krwiobieg światowej gospodarki. Nie trzeba zresztą sięgać do polityki. Wystarczy zapytać kilkoro znajomych, co sądzą na temat mechanizmu kreacji pieniądza (jeśli ktoś otacza się uczonym gronem, może zaryzykować sondę uliczną). Ujmując rzecz buńczucznie: gdyby społeczeństwo wiedziało, jak powstaje współczesna mamona, z banków centralnych nie pozostałby kamień na kamieniu.</p>
<p>Gdy w 2008 r. okazało się, że amerykański departament skarbu oraz FED wpompują w system bankowy ponad 8 bilionów dolarów – kwotę dwukrotnie przewyższającą koszt II wojny światowej, jak wyliczył ktoś biegły w arytmetyce – mało która z telewizyjnych tęgich głów była w stanie uczciwie odpowiedzieć na pytanie, skąd bank centralny USA wytrzasnął takie zaskórniaki. Problem nadprodukcji pieniądza bez pokrycia niestety nie zajmuje naszej elity publicystycznej. Zainteresowania tą kwestią nie sposób przecież wymagać od przedstawicieli klasy politycznej, uginających się pod ciężarem rozmaitych zobowiązań – w tym do milczenia o sprawach niewygodnych. Pytań o architekturę Systemu (czy to w aspekcie finansowym, czy politycznym) zwyczajnie nie stawia się in publico, jeśli chce się zachować stanowisko, a w przypadku bardziej drażliwych kwestii – zdrowie lub życie. Często jedynym źródłem wiedzy o knowaniach zorganizowanych grup działających ponad prawem (to działalność podobna do działalności poza prawem, tyle że za pieniądze podatników) są insiderzy – osoby, które otarły się o prawdziwe mechanizmy władzy i zdecydowały się je naświetlić. Do takiej kategorii ludzi można zaliczyć Ferdinanda Lipsa, autora „Złotego spisku”.</p>
<p>Ten śp. szwajcarski bankier był „wtajemniczonym” raczej w miękkim tego słowa znaczeniu. Lips w świecie finansów nie działał bowiem jako decydent, ale przedsiębiorca i menadżer. Był współzałożycielem i dyrektorem zarządzającym Rothschild Bank AG w Zurychu, a w 1987 r. w tym samym mieście otworzył własny bank – Bank Lips AG. W 1998 r. Lips sprzedał wszystkie udziały w swoim przedsięwzięciu i zaangażował się w działalność na rynku złota. Książka „Złoty spisek” – trzecia publikacja Lipsa na temat złotego kruszcu – po raz pierwszy ukazała się w 2003 r. pod tytułem „Gold Wars”. Pozycja zaprezentowana przez wydawnictwo Wektory jest zaktualizowaną wersją pierwotnej edycji.</p>
<p>Określenie „spisek” do tematu złota jako środka płatniczego pasuje jak ulał. Likwidacja złotego standardu to bowiem efekt konsekwentnej dyspozycyjności zachodnich sfer rządowych wobec światowej finansjery – począwszy co najmniej od powołania amerykańskiej Rezerwy Federalnej w 1913 r. po dzień dzisiejszy. Zanim doszło do największego w historii powszechnej skoku na kasę, złoto przez tysiąclecia sprawdzało się jako ekwiwalent towarów i usług. Jak przypomina Lips, złoty kruszec jako środek płatniczy stosowany na większą skalę znany jest od czasów starożytnego Egiptu. Siedemdziesiąty dziewiąty pierwiastek z tablicy Mendelejewa służył jako pieniądz między innymi starożytnym Babilończykom, Chińczykom, Inkom, Etiopczykom, Arabom, Grekom i Rzymianom. Ta bez mała ogólnoludzka skłonność do błyszczącego metalu w czasach nowożytnych zaowocowała złotym standardem, czyli wymienialnością „not bankowych” (banknote) na kruszec. Ten system pieniądza najwcześniej rozwinął się w Wielkiej Brytanii, gdzie ekperymenty ze złotem jako środkiem płatniczym sięgają 1664 r., ale faktyczny parytet został ustanowiony dopiero na mocy Ustawy Bankowej z 1844 r., zobowiązującej Bank Anglii do wykupywania swoich banknotów. Na początku XX w. złoty standard funkcjonował w 50 krajach świata, w tym we wszystkich uprzemysłowionych. Wymienialność złota nie była efektem międzynarodowych porozumień. Standard ten narodził się naturalnie, jako sprawdzony i najlepszy znany system pieniężny. Co ciekawe, w Wielkiej Brytanii parytet złota przyjął się wbrew intencjom rządu, a odpowiednie ustawy zatwierdzały jedynie istniejący stan rzeczy. W USA parytet złota obowiązywał od 1834 r., zastępując standard srebera. Wymienialność kruszcu zwykle zawieszano w kryzysowych sytuacjach, takich jak wojna. Zgodnie z danymi przytoczonymi przez Lipsa, w okresach obowiązywania klasycznego standardu w latach 1834–1862 i 1879–1913 w Stanach Zjednoczonych wahania cen detalicznych dochodziły do 26 proc., a na początku i końcu tych okresów ceny były niemal na tym samym poziomie – sytuacja zupełnie nie do pomyślenia w dobie pieniądza fiducjarnego, jak elokwentnie określa się dutki wypłukiwane z powietrza. I wojna światowa stała się pretekstem do zawieszenia wymienialności bankowej makulatury na kruszec. Jak ocenia Lips, „gdyby nie zrezygnowano ze standardu złota, wojna nie trwałaby dłużej niż kilka miesięcy”. Zwyczajnie zabrakłoby na nią funduszy.</p>
<p>Likwidacja klasycznego standardu złota w 1914 r. była początkiem ery pustego pieniądza, który stał się jedną z głównych przyczyn erozji wolności gospodarczej, a w efekcie – społecznej. W eleganckiej formie tę zależność wyraził w eseju „Złoto i wolność gospodarcza” z 1966 r. cytowany przez Lipsa Alan Greenspan, którego późniejsza rola w utrwalaniu władzy kartelu bankowego podczas pięciokrotnej kadencji na stanowisku szefa Rezerwy Federalnej jest trudna do przecenienia: „Złoto i wolność gospodarcza są niepodzielne. Bez standardu złota nie istnieje żadna możliwość ochrony oszczędności przed ich utratą w wyniku inflacji. (&#8230;) Zadłużenie państwa to tylko inne określenie ukrytego odbierania majątku. Złoto stoi temu wszystkiemu na przeszkodzie i samo w sobie jest gwarantem własności i praw własności”. Dosadniej istotę sprawy ujął sam Lips: „Opierając się na pięćdziesięciu latach doświadczenia, badaniu rynków i studiowaniu pieniądza, doszedłem do przekonania, że zlikwidowanie dziewiętnastowiecznego standardu złota jest największą tragedią wszechczasów. Spowodowało ono, że niemal od stu lat świat funkcjonuje w obrębie monetarnej ziemi niczyjej i może również doprowadzić ludzkość ostatecznie do całkowitej utraty wolności”. Fazą schyłkową funkcjonowania realnego pieniądza był system z Bretton Woods, obowiązujący od 1944 do 1971 r. Ustanawiał on prymat dolara jako waluty międzynarodowej wymienialnej na złoto według stałego kursu 35 dolarów za uncję. System dewizowo-złoty był bronią obosieczną USA – z jednej strony służył jako narzędzie finansowej dominacji Stanów Zjednoczonych nad resztą świata, z drugiej zobowiązanie amerykańskiego rządu do wymienialności dolara na złoto doprowadziło do stopnienia rezerw kruszcu, a w końcu zniesienia parytetu. Ostatnim bastionem złotego standardu była Szwajcaria – do 1999 r., gdy niewielką przewagą głosów w referendum przyjęto nową konstytucję, otwierającą szersze perspektywy dla tamtejszej wytwórni papierów wartościowych.</p>
<p>Likwidacja parytetu złota, której spiskowe okoliczności szczegółowo naświetla Lips, nie jest po  prostu cezurą w historii ekonomii, lecz wydarzeniem o znaczeniu cywilizacyjnym. Oderwanie pieniądza od jego „materialnego substratu” w postaci kruszcu i przeniesienie go w sferę czystej abstrakcji stworzyło możliwość praktycznie nieograniczonego namnażania kapitału przez nieliczne grono finansowych alchemików, niepodlegających mechanizmom demokratycznej kontroli. W ten sposób rozpoczął się proces ostatecznego transferu bogactwa społecznego oraz nierozerwalnie z nim związanej wolności obywatelskiej w ręce wąskiej elity władzy. Jak to możliwe? Schemat jest bardzo prosty. Polega on na stopniowym wciąganiu poszczególnych państw w otchłań zadłużenia, a więc uzależnianiu ich przez system bankowy i międzynarodowe instytucje finansowe przy asyście lokalnych rządów, pełniących w tym trójkącie rolę służebną. Konieczność spłacania rosnących odsetek (dla przykładu: „obsługa długu” Polski kosztuje 40 miliardów złotych rocznie) skutkuje cięciami budżetowymi i rabunkową prywatyzacją (kolejny etap koncentracji własności), co rodzi niezadowolenie społeczne, często prowadzące do wyładowań ulicznych. Bynajmniej nie zakłócają one transferu władzy, ale stanowią jego katalizator. Kolejne zamieszki, często inicjowane przez prowokatorów, jak w przypadku niedawnego Marszu Niepodległości, dają rządom dogodny pretekst do zaostrzenia środków społecznego nadzoru.</p>
<p>Gdzie jest finał tego procesu? Niektórzy optymiści po prawej stronie sceny ideowej wierzą w rychły krach „światowego socjalizmu” i nastanie epoki wolnego rynku. Jest to przekonanie głeboko naiwne. Nie uwzględnia bowiem faktu, że niewydolny system pustego pieniądza i pączkującej biurokracji nie jest celem sam w sobie, ale stanowi jedynie narzędzie, a zarazem etap centralizacji władzy. Rozwijana na jego zapleczu aparatura kontroli społecznej korzysta z dobrodzejstw technologii do niedawna obecnych jedynie na łamach literatury science fiction. Stopniowo prowadzi to do sytuacji, w której jakikolwiek bunt będzie duszony w zarodku, a „elementy aspołeczne” będą poddawane szczególnemu nadzorowi lub izolowane. Tymczasem postępujące zubożenie społeczeństw oraz wywłaszczanie państw, będące efektem planowego działania świetnie zorganizowanych ośrodków pozakonstytucyjnej władzy, sprzedawane jest opinii publicznej jako „kryzys”, „recesja”, efekt „cyklu koniunkturalnego” i tym podobne wesołości. W tym całym lunaparku jedyną realną funkcją rządów, oprócz tworzenia zasłony dymnej dla swoich zakulisowych mocodawców, jest zarządzanie masą upadłościową państwa, w skład której wchodzi społeczeństwo – dojone z efektów swojej pracy za pomocą coraz większych obciążeń podatkowych obejmujących coraz więcej sfer ludzkiej aktywności. Domknięcie procesu zniewolenia nastąpi jednak nie tyle na drodze rosnącej eksploatacji ekonomicznej społeczeństw, ale wskutek transformacji samego systemu płatniczego.</p>
<p>Niedawno w Szwecji, będącej poligonem doświadczalnym rozwiązań w duchu aksamitnego totalitaryzmu, rozgorzała „debata” w sprawie likwidacji gotówki. Argumenty przemawiające za takim posunięciem są nośne – możliwość ograniczenia szarej strefy, czarnego rynku, liczby kradzieży i napaści rabunkowych, a także oszczędności związane z zaniechaniem druku banknotów i wybijania monet. Wystarczy dotkliwy spadek poziomu życia, by został odpalony odpowiedni arsenał politmarketingowy, tumaniący i tak już ledwie przytomną opinię publiczną, która bez większych ceregieli przesiądzie się z szeleszczących papierków na plastik nadziewany mikroczipem. W nowych okolicznościach przyrody nie tylko niemożliwe będzie pożyczenie sąsiadowi 500 zł do pierwszego bez dzielenia się tą informacją z fiskusem (ścisły monitoring podatkowy transakcji online jest kwestią raczej bliskiej przyszłości). Nierealne będzie również zachowanie w tajemnicy przed państwem faktu skorzystania z pisuaru w szalecie miejskim w określonym miejscu o określonej godzinie. Jutrzenka tego awansu cywilizacyjnego zajaśniała niedawno również nad Wisłą, gdy nasze-nienasze banki zgodnie zaczęły wtykać klientom bezstykowe karty płatnicze. Jednak plastik ma przed sobą niewiele dłuższy żywot niż gotówka. W awangardzie postępu są bowiem wszczepiane pod skórę mikroczipy, pełniące funkcję nie tylko nośnika płatniczego, ale również bazy danych – m.in. identyfikacyjnych, ale także zdrowotnych – na temat ich „użytkownika”. Zresztą cóż to za awangarda, skoro z tego rozwiązania już od lat ochoczo korzysta kalifornijska wieczna młodzież, pracownicy wielu korporacji i instytucji państwowych w USA czy Meksyku, oferują je nawet barcelońskie kluby swoim „gościom VIP”.</p>
<p>Ale nie ma strachu – życie z anteną RFID pod skórą podobno jest całkiem wygodne. Umożliwia na przykład szybką przeprawę przez kasę w megamarkecie. W dodatku wszczepionego mikroczipu – w odróżnieniu od złota – nikt nam nie podwędzi. A jeśli ktoś nie lubi być lokalizowany przez satelitę i chciałby mieć czym wyżywić dziatki mimo braku poparcia dla linii politycznej rządu światowego? Cóż&#8230; Technototalitaryzm, podobnie jak demokracja, nie jest w stanie zadowolić każdego.</p>
<p><strong>Przemysław Ćwik</strong></p>
<p>Ferdinand Lips, &#8222;Złoty spisek&#8221;, przełożyła Małgorzata Gawlik, wydawnictwo <a href="http://wydawnictwowektory.pl">Wektory</a>, 2010</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wolnaksiazka.pl/2011/11/23/ferdinand-lips-%e2%80%9ezloty-spisek%e2%80%9d/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>John Humphrys, „Bóg, w którego wątpimy”</title>
		<link>http://wolnaksiazka.pl/2011/11/19/john-humphrys-%e2%80%9ebog-w-ktorego-watpimy%e2%80%9d/</link>
		<comments>http://wolnaksiazka.pl/2011/11/19/john-humphrys-%e2%80%9ebog-w-ktorego-watpimy%e2%80%9d/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 19 Nov 2011 17:18:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>justyna</dc:creator>
				<category><![CDATA[książki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wolnaksiazka.pl/?p=1332</guid>
		<description><![CDATA[Do czego nie przekonuje mnie Humphrys John Humphrys  nie jest teologiem. Nie jest także biologiem od ewolucji. Może zatem nie powinien pisać książki z Bogiem w tytule. John Humphrys jest dziennikarzem. Jako dziennikarz zjechał kawał świata; mówi o wydarzeniach, nie dających się logicznie powiązać ze sprawiedliwością miłosiernego Boga. Opisuje też ludzkie zachowania (takie, które rzeczywiście [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Do czego nie przekonuje mnie Humphrys<a href="http://wolnaksiazka.pl/images/978-83-06-03309-0.jpg"><img class="alignright size-full wp-image-1337" title="978-83-06-03309-0" src="http://wolnaksiazka.pl/images/978-83-06-03309-0.jpg" alt="" width="300" height="435" /></a> </strong></p>
<p>John Humphrys  nie jest teologiem. Nie jest także biologiem od ewolucji. Może zatem nie powinien pisać książki z Bogiem w tytule. John Humphrys jest dziennikarzem. Jako dziennikarz zjechał kawał świata; mówi o wydarzeniach, nie dających się logicznie powiązać ze sprawiedliwością miłosiernego Boga. Opisuje też ludzkie zachowania (takie, które rzeczywiście miały miejsce) jakich nie wyjaśnią pragnący dowieść, iż człowiekiem kieruje wyłącznie interes naszych genów. Ani wnikliwe analizy dzieł Dawkinsa – wojującego ateisty – i jego miłośników (może właściwsze słowo: wyznawców), ani długie dysputy z mocno zaangażowanymi w działalność instytucji trzech monoteistycznych religii teologami, nie uprościły Humphrysowi dylematu: czy wierzyć w Boga? To nawet nie kwestia pytania o to, czy On istnieje, ale: czy w Niego wierzyć?</p>
<p>Ateistom bardzo łatwo wyjaśnić swoje racje – wystarczy wskazać niespójności w naukach religijnych; każdy logicznie myślący człowiek musi przyznać, że coś tu nie gra – sama Biblia jest interpretowana na niezliczoną ilość sposobów. Ludzie religijni zaś, nie potrzebują logiki, by wierzyć. Wszelkie „dowody na istnienie Boga” mogłyby nawet podważyć ich wiarę. Dowód sprawiłby, iż byłaby po prostu zbędna. Niczego się nie da w tej sprawie objaśnić. Sam Humphrys deklaruje: <em>istnieje czy nie istnieje, odpowiem krótko: nie wiem. Książka ta jest przeznaczona dla milionów takich jak ja, którzy poświęcają Bogu wiele myśli i którym, mimo szczerych chęci, nie udało się dojść do jakiegokolwiek jednoznacznego wniosku. Te miliony wątpią, co ich prawdopodobnie nieco zawstydza. Choć wątpić, czyli zajmować pozycję między wiarą a niewiarą, to wygodna opcja, czyż nie tak? Nie, nie tak. </em></p>
<p>Tak więc, Humphrys do niczego nie przekonuje. Sam też nie jest przekonany. Przedstawia perspektywy odbiorców cyklu programów telewizyjnych, w których prowadził rozmowy z teologami. Zwierzenia, zapisane w listach otrzymanych po emisji audycji dają do zrozumienia <em>najbardziej aroganckim bezkompromisowym ateistom intelektualistom, że to nie jest kwestia intelektu. </em>Naukowcy, co wynika z ich dzieł, nie zawsze stoją po innej, niż zdeklarowani wierzący, stronie barykady. Największe wrażenie robią wypowiedzi „potężnych mózgów świata tego” takich jak Stephen Hawking, nie negujących wcale istnienia Boga: <em>kompletna teoria, raz odkryta, stanie się z czasem zrozumiała dla każdego, nie tylko dla kilku naukowców. Zatem, powinniśmy wszyscy, filozofowie, naukowcy i po prostu zwykli ludzie włączyć się do dyskusji i pytać, jak to się stało, że istnieje wszechświat, a my razem z nim. Jeżeli znajdziemy odpowiedź, będzie to niebywały triumf rozumu ludzkiego – ponieważ wtedy powinniśmy poznać umysł Boga. </em></p>
<p>Wydaje się, że zarówno naukowcy z obrębu nauk przyrodniczych, jak i teologowie  w swoich wyjaśnieniach krążą wokół sedna, choć w znacznej od niego odległości. O wiele bliżej do niego mają ci, którzy wierzą „po prostu”. Dlaczego jedni wierzą, a inni nie? – Humphrys śledzi możliwości odpowiedzi na to pytanie, żadna nie jest doskonała. Nie znajduje dobrej odpowiedzi na pytanie, czy świat nie jest dla wszystkich jednakowo dobry z powodu Pana Boga i jego nieprzeniknionych planów wobec uczestników ludzkiego padołu, czy religii, czy po prostu zło panoszy się wśród ludzi, bo sami wszystko psują.</p>
<p>Choć we mnie samej ludzie nie posiadający wątpliwości budzą obawy, przypuszczam, że miło jest być pewnym swego, mieć określone  poglądy, stabilne stanowisko w sprawie tego, co wprowadza świat w ruch – interes genu, czy palec Boży. Humphrys – zawieszony pomiędzy wiarą i niewiarą, nieustannie dociekający, pozostający w niepokoju – znajduje u mnie posłuch. Wątpienie Humphrysa, jego konstruktywne podważanie ukształtowanych już koncepcji, chętnie podejmowanych (nierzadko na wiarę) przez umysły, daje przyzwolenie na szczere „nie wiem”. Ci, którzy niekoniecznie szukają autorytetu – ani w religii, ani w teoriach naukowców; ci, których trudno posądzić o to, że w wierze, lub dociekaniach teoretycznych szukają jedynie ukojenia swojej niemocy, rozwiązania problemu braku samodzielności (także intelektualnej) – tym pozostaje wątpienie. Człowiek wątpiący, często przytakujący, że „jest raczej coś, niż nic” nie musi udawać, iż zdecydowanie jest za lub przeciw. Wygodne? <em>Wręcz przeciwnie</em> – odpowiada Humprhrys.</p>
<p><strong>Justyna Polakowska</strong></p>
<p>John Humphrys, „Bóg, w którego wątpimy”, przełożyła Bogumiła Malarecka, <a href="http://piw.pl">Państwowy Instytut Wydawniczy</a>, 2011</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wolnaksiazka.pl/2011/11/19/john-humphrys-%e2%80%9ebog-w-ktorego-watpimy%e2%80%9d/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Terry Pratchett, „W północ się odzieję”</title>
		<link>http://wolnaksiazka.pl/2011/11/18/terry-pratchett-%e2%80%9ew-polnoc-sie-odzieje%e2%80%9d/</link>
		<comments>http://wolnaksiazka.pl/2011/11/18/terry-pratchett-%e2%80%9ew-polnoc-sie-odzieje%e2%80%9d/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 18 Nov 2011 12:58:32 +0000</pubDate>
		<dc:creator>justyna</dc:creator>
				<category><![CDATA[książki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wolnaksiazka.pl/?p=1324</guid>
		<description><![CDATA[Wielka ciut (przy)powieść Czy można wybrać jedną z książek długiego cyklu, przeczytać ją i mieć chociażby mętne pojęcie, o co w niej chodzi? Okazuje się, że tak. O ile jest to książka napisana przez Terry’ego Pratchetta. Zapewne są inni autorzy, którzy posiedli tę trudną sztukę, ale w przypadku Pratchetta dane mi było przekonać się o [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Wielka ciut (przy)powieść</strong></p>
<p><a href="http://wolnaksiazka.pl/images/W.polnoc.sie_.odzieje.jpg"><img class="alignright size-full wp-image-1325" title="W.polnoc.sie.odzieje" src="http://wolnaksiazka.pl/images/W.polnoc.sie_.odzieje.jpg" alt="" width="200" height="286" /></a></p>
<p>Czy można wybrać jedną z książek długiego cyklu, przeczytać ją i mieć chociażby mętne pojęcie, o co w niej chodzi? Okazuje się, że tak. O ile jest to książka napisana przez Terry’ego Pratchetta. Zapewne są inni autorzy, którzy posiedli tę trudną sztukę, ale w przypadku Pratchetta dane mi było przekonać się o tym osobiście.</p>
<p>Kwestia staje się jeszcze bardziej skomplikowana, jeśli powiedzieć, że cykl o Tiffany Obolałej, do którego należy książka „W północ się odzieję”, jest tylko jednym z wielu składających się na serię zatytułowaną ogólnie „Świat Dysku”. Pikanterii dodaje z kolei fakt, że autor tychże powieści od roku 1983, kiedy to wyszła pierwsza część serii, a mianowicie „Kolor magii”, pisze średnio dwie książki na rok.</p>
<p>Ale dość suchych faktów i liczbowych danych – ważna jest sama powieść. A ta – mówiąc szczerze – nie rzuca na kolana od pierwszych stron. Początkowo czytelnik, który nie zna poprzednich części, czuje się, jak na spotkaniu, na którym przebywają osoby znające się od lat, a na które on przyszedł z czystej ciekawości, bo słyszał, że może być ciekawie. Jak na dobrym przyjęciu – prawdziwa zabawa zaczyna się jednak dopiero po jakimś czasie. Cierpliwość zostaje nagrodzona.</p>
<p>Powieść Pratchetta rozwija się w zaskakujący sposób. Od prostej opowiastki dla młodzieży, i to tej młodszej, do pełnego napięcia i grozy dramatu o walce ze złem, a raczej – Złym. Pierwsze rozdziały sugerują, że będziemy mieli do czynienia z tkliwą, choć momentami dowcipną, historią o nastoletniej czarownicy, która poszukuje odrobiny miłości. Kolejne przynoszą nieco poważniejsze tematy. Dowcip i miłość nie schodzą zupełnie z pola widzenia, ale na plan pierwszy wysuwa się problem walki z uprzedzeniami, stereotypami, jadem i nienawiścią, kryjącymi się w ludzkich sercach.</p>
<p>Tiffany Obolała – powszechnie znana i lubiana młoda czarownica – nagle zaczyna dostrzegać niepokojącą tendencję. Otóż coraz więcej osób odwraca się od niej z niesmakiem, daje się słyszeć szepty za plecami, przechodzące z czasem w jawne oszczerstwa i ciężkie zarzuty. Rozpoczyna się nowa era polowania na czarownice. Tiffany towarzyszą Wolni Ciut Ludzie – Nac Mac Feeglowie, którzy ze swoim bojowym okrzykiem: „Łojzicku!”, gotowi są bronić swojej Wielkiej Ciut Wiedźmy przed każdym, kto raczy podnieść na nią rękę. Ale i oni nie poradzą sobie z wcieloną nienawiścią, której pusty wzrok i odór ściga Tiffany, by dopaść ją w najmniej oczekiwanym miejscu.</p>
<p>Na tym można by skończyć „czytanie” Pratchetta. Czarownica stacza walkę ze złem – nie pierwszy i nie ostatni raz w swoim powieściowym życiu. Ogólniejsze wnioski nasuwają się jednak same. I nie sposób ich ominąć, tym bardziej że sam autor zachęca nas do ich snucia, okraszając swoją powieść licznymi złotymi myślami (trzeba przyznać – ujętymi dość specyficznie), jak chociażby: „Najważniejsza jest równowaga. (…) środek huśtawki nie jest ani w górze, ani w dole, ale górność i dolność przepływają przez niego, choć on sam pozostaje w bezruchu”. Nienawiść czai się wszędzie, uprzedzenia i fobie otaczają nas na każdym kroku – wyczuwamy je równie dobrze jak czarownica Przebiegłego. Pratchett doskonale ukazuje sposób ich powstawania i rozprzestrzeniania się. Warto sobie uświadomić, jak (nomen omen) przebiegłe są, jak szybko potrafią nami zawładnąć, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Niepozorna powieść urośnie wówczas do rangi profetycznej księgi-ostrzeżenia, wskazówki życiowej, moralnego drogowskazu. Przesadnie? Być może. Ale tylko „ciut”.</p>
<p><strong>Ewa Popielarz</strong></p>
<p>Terry Pratchett, „W północ się odzieję”, przełożył Piotr W. Cholewa, wydawnictwo <a href="http://www.proszynski.pl">Prószyński i S-ka</a>, 2011.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wolnaksiazka.pl/2011/11/18/terry-pratchett-%e2%80%9ew-polnoc-sie-odzieje%e2%80%9d/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Aleksandra i Daniel Mizielińscy &#8222;Miasteczko Mamoko&#8221;</title>
		<link>http://wolnaksiazka.pl/2011/10/23/1307/</link>
		<comments>http://wolnaksiazka.pl/2011/10/23/1307/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 23 Oct 2011 17:42:58 +0000</pubDate>
		<dc:creator>justyna</dc:creator>
				<category><![CDATA[książki]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://wolnaksiazka.pl/?p=1307</guid>
		<description><![CDATA[Zagubić się i odnaleźć w Mamoko „Miasteczko Mamoko” Aleksandra i Daniela Mizielińskich jest utworem niewątpliwie wielowątkowym, choć trudno nazwać go powieścią, czy znaleźć dla niego nazwę wśród innych gatunków literackich. Po prostu tekst ogranicza się do kilku zdań z tyłu książki.  Niemniej jest to jednak opowieść. Im kto bardziej spostrzegawczy tym więcej odnajdzie w niej wątków. [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://wolnaksiazka.pl/images/miasteczko_mamoko.gif"><img class="alignright size-full wp-image-1308" title="miasteczko_mamoko" src="http://wolnaksiazka.pl/images/miasteczko_mamoko.gif" alt="" width="300" height="374" /></a><strong>Zagubić się i odnaleźć w Mamoko</strong></p>
<p>„Miasteczko Mamoko” Aleksandra i Daniela Mizielińskich jest utworem niewątpliwie wielowątkowym, choć trudno nazwać go powieścią, czy znaleźć dla niego nazwę wśród innych gatunków literackich. Po prostu tekst ogranicza się do kilku zdań z tyłu książki.  Niemniej jest to jednak opowieść. Im kto bardziej spostrzegawczy tym więcej odnajdzie w niej wątków.</p>
<p>Możemy zatem podążyć szlakiem świnki Zofii Ryjek, która o poranku popija kawkę spoglądając przez okno, by nieco później wyjść na zakupy, kupić parę eleganckich pantofelków. Wystąpi w nich podczas przyjęcia urodzinowego u państwa misiów, dokąd przyprowadzi  jednego z uszatych uprzednio opatrzywszy mu nóżkę (kontuzja podczas upadku z roweru). Albo Hipolit Grzywa – o świcie zbiera złom i inne niepotrzebne już nikomu rzeczy, ale nie trafi z nimi na śmietnik – to artysta, poznać po grzywie.  Jego instalacją stworzoną z zebranych gratów zainteresują się media. Hipolita prócz satysfakcji z aktu twórczego czeka sława. Ciekawy dzień ma także Szymon Detektyw od rana próbujący rozwiązać zagadkę zniknięcia obrazu Muncha „Krzyk” (cóż za dbałość o szczegół ze strony rysowników). W końcu udaje mu się złapać złodzieja – z pomocą Zygmunta Kosmicznego (nawet UFO w Mamoko jest na miejscu). Przygody bohaterów zazębiają się tworząc spójną opowieść o życiu miasta. Na każdej stronie niby bałagan, <em>a jednak się kręci</em>. By dostrzec co naprawdę dzieje się w Mamoko trzeba jednak mieć–oko. To idealna książka nie tylko, by ćwiczyć spostrzegawczość przez obserwację nagromadzonych na każdej ze stron szczegółów, ale także, by wyjaśnić na czym polega koncepcja społeczeństwa postrzeganego jako organizm.</p>
<p>Pomysły pozytywistów nie są jedynym skojarzeniem jakie miałam przy oglądaniu „Miasteczka Mamoko”. Przypomniałam sobie wiersz prosty, a niegłupi Juliana Tuwima, w którym „murarz by przecie na robotę nie ruszył, gdyby krawiec mu spodni i fartucha nie uszył”. Choć nie tylko pracy poświęcają się mieszkańcy miasteczka, jest też wiele miejsca na zabawę – specjalnie przygotowane miejsca rekreacji – jak to w dobrze zaplanowanym nowoczesnym mieście.  Jest miejsce na pracę, na zabawę, a także przestrzeń dla artystów, którzy mogą tu żyć po swojemu – jak na przykład Stanisław Szczęściarz: znalezioną w parku monetę zamienił na farby i pędzle. Jego obraz w galerii sztuki okazał się wart worka monet – tyle co balon, którym Szczęściarz udał się na krótki spacer ponad miastem, by móc przyjrzeć się mu z góry – dla fantazji, lub może w bardzo daleką podróż. Cóż, każdy ma prawo odlecieć nawet z najlepiej zorganizowanego miasta.</p>
<p>Pierwszym szczegółem jak zwrócił moją uwagę w książce, już na samej okładce, to postać siusiającego pieska – po nim poznałam, że „Miasteczko Mamoko” rysowali  ci sami autorzy, którzy stworzyli książkę „D.O.M.E.K.”, gdzie również spotykamy niesfornego czworonoga. Czy to znak rozpoznawczy, taka sygnaturka, Mizielińskich, czy może przypadek, nie wiem. Dla mnie – bomba.</p>
<p>Opowieść z Mamoko można snuć długo, mimo że książka jest prawie pozbawiona tekstu. A może właśnie dlatego. Inwencja pozostawiona została spostrzegawczości i wyobraźni odbiorcy.</p>
<p><strong>Justyna Polakowska</strong></p>
<p>Aleksandra i Daniel Mizielińscy &#8222;Miasteczko Mamoko&#8221;, wydawnictwo <a href="http://wydawnictwodwiesiostry.pl/">Dwie Siostry</a>, 2011</p>
<p><strong><br />
</strong></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://wolnaksiazka.pl/2011/10/23/1307/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

