Guido Grandt „Czarna księga masonerii”


Oczy szeroko zamknięte

Na początek trzy ciekawostki z minionego miesiąca. Polski mainstream przytoczył doniesienia wysokonakładowego francuskiego tygodnika „Le Point” o nadreprezentacji masonów w politycznym establishmencie Piątej Republiki. Przyjmując na chwilę naiwny punkt widzenia, można zapytać: niby nie problem, ale dlaczego, jak donoszą autorzy, zainteresowani z wielką energią negują swoją przynależność do Loży? Druga sprawa, pozornie z innej beczki – kilka godzin po ukazaniu się wiadomości o zamachu na lotnisku Domodiedowo w jednym z polskich portali można było przeczytać, że rosyjskie służby specjalne od dawna wiedziały o przygotowaniach do ataku, ale nic w tej sprawie nie zrobiły. Analogiczne informacje w odniesieniu do grudniowych zamachów w Sztokholmie opublikował szwedzki serwis thelocal.se (w tym przypadku zawczasu wiedziały „źródła” w szwedzkiej armii i administracji rządowej).

Myślę, że intencje tej prasówki są jasne. Można oczywiście wskazać bardziej rażące szczeliny w politpijarowej rekonstrukcji świata rzeczywistego, ale istotna jest aktualność wymienionych wydarzeń – to nie historie z lamusa, tylko efekt całkiem pobieżnego surfingu po „powszechnie akceptowanych” serwisach informacyjnych. Czy tego typu doniesienia wywołują jeszcze czyjeś zdziwienie? Z jednej strony osób, które wierzą w dorzeczność „debaty politycznej” spod znaku Moniki Olejnik, na szczęście ubywa z każdym dniem, z drugiej wciąż niewielu obserwatorów życia publicznego zdaje sobie sprawę z rozmiaru fikcji – w dużym uproszczeniu powiedzmy, że politycznej – w jakiej tkwią społeczeństwa świata zmedializowanego. Kluczowym aspektem tej fikcji jest iluzja demokracji, czyli możliwości wpływania na rzeczywistość polityczną, społeczną i gospodarczą danego kraju za pośrednictwem instytucji wyborów. Książka Guido Grandta opisuje jedną z sił sprawczych, którym nabity w butelkę demos zawdzięcza swoje mało wpływowe położenie.

Masoneria, kojarzona w Polsce z czymś na kształt dyskusyjnego klubu nobliwych seniorów, to organizacja, która chce być postrzegana jako dyskretna. W istocie ta dyskrecja ma charakter tajny z tendencją do tajności ścisłej. Loże są szczelnie zamknięte dla profanów – czyli tej części społeczeństwa, która do wolnomularstwa lub organizacji pokrewnych (a jest ich wiele) nie należy – i jeśli jakieś plotki na temat działalności „braci” przedostają się na zewnątrz, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że są to plotki kontrolowane. Tajemnice nie są z definicji złe, wątpliwości pojawiają się jednak, gdy zdamy sobie sprawę, że w lożach, poza kontrolą opinii publicznej, spotyka się elita społeczeństwa – intelektualna, polityczna, finansowa. Mało tego, masoneria jest organizacją inicjacyjną, która przyjmując nowych członków, domaga się od nich bezwzględnej lojalności. Mając na uwadze zakres wpływów wolnych mularzy, można przyjąć, że środki egzekwowania przez nich wierności są technicznie nieograniczone. Jest również mało prawdopodobne, by ograniczała je moralność. Czy trzeba dodawać, że tym samym Loża stwarza również nieograniczone pole do konfliktu interesów definiowanych przepisami „państwa prawa”? Zresztą sami masoni w rzadkich przypływach szczerości (?) nie pozostawiają złudzeń co do celów ich organizacji: Jeśli uwzględnimy fakt, że wolnomularstwo jest sztuką kierowania społeczeństwem, możemy je wówczas nazwać organizacją polityczną w najszerszym ujęciu tego słowa. Taką oto deklarację złożył w 1986 r. na falach francuskiego radia Roger Leray wielki mistrz Wielkiego Wschodu.

Do lektury „Czarnej księgi masonerii” przystępowałem jak należy, czyli z dystansem. Pobłażliwości w stosunku do publikacji okołomasońskich nabawiłem się po lekturze „Oni rządzą światem” Jima Marrsa – nie ze względu na jawne przekłamania, tylko metodologię, którą najtrafniej podsumowuje przedrostek „para-”. Niestety znaczna część literatury i kinematografii (cudzysłów wskazany) spiskologicznej to warsztatowa katastrofa, obfitująca w paralogizmy, ale również celową dezinformację. Nie dziwi więc zapobiegliwość wydawcy zapewniającego na rewersie okładki, że książka Grandta nie jest kolejną pozycją z gatunku „spiskowej teorii dziejów”. Potwierdzam – w odróżnieniu od licznych autorów tego typu pozycji, Grandt bez nachalnych uogólnień doprowadza po prostu swój wywód do miejsca, w którym wniosek o istnieniu zorganizowanej, światowej współpracy pozakonstytucyjnych ośrodków władzy (przepraszam za potworka, ale programowanie medialne pozycjonuje pojęcie spisku w sąsiedztwie takich terminów, jak „ektoplazma” czy „leprikon”) czytelnik może wyciągnąć samodzielnie. Drugie zastrzeżenie wydawcy zawarte jest w nocie poprzedzającej przedmowę: Wiele przedstawionych przez autora informacji można uznać za niewiarygodne bądź słabo potwierdzone, sprzeciw także mogą budzić niektóre wnioski, do jakich autor dochodzi. Cóż, trudno uzyskać „mocne” potwierdzenie na temat poczynań środowiska, które bezkarnie topi, wiesza, dźga bądź truje za rozmowność (niniejszym zachęcam do lektury „Czarnej księgi masonerii”), niemniej rozumiem tę formę asekuracji. Szkopuł w tym, że wnioski do jakich dochodzi Grandt powinny budzić mniejszy sprzeciw niż wnioski, do jakich codziennie dochodzą rzesze komentatorów politycznych i gospodarczych. Przede wszystkim dlatego, że niemiecki dziennikarz podejmuje wątki najczęściej porzucane przez „opiniotwórców” poruszających się w bezpiecznym obszarze frazesu i politycznej koncesji. A przecież takie zaniechanie, odrzucenie istotnych przesłanek na temat podłoża wydarzeń o znaczeniu ogólnospołecznym z konieczności prowadzi do błędnych konkluzji i przyczynia się do tworzenia fałszywego obrazu świata.

„Czarna księga masonerii” nie jest monografią na temat wolnomularstwa. Taka forma opracowania tematu byłaby zresztą gigantycznym wyzwaniem badawczym, nie tylko ze względu na deficyt informacji – w zestawieniu z rozległością zagadnienia – ale również obfitość dezinformacji dotyczącej „dyskretnego stowarzyszenia”. Głównym osiągnięciem – i, jak sądzę, założeniem – książki Grandta jest unaocznienie dwóch aspektów działalności masonerii: (meta)politycznego – w sensie wyrażonym przez Leraya, i mafijnego – w sensie zorganizowanego działania poza granicami prawa i, ma się rozumieć, moralności. Niemiecki dziennikarz wziął pod lupę masonerię Europy kontynentalnej – przede wszystkim ze swojego obszaru językowego (Niemcy, Austria, Szwajcaria) oraz Włoch (loża P2). Grandt oparł się na literaturze przedmiotu, źródłach prasowych oraz wolnomularskich, doniesieniach informatorów, udokumentowanych wypowiedziach samych masonów i mizernych efektach prób nawiązania kontaktu z wolnomularzami. Jedyną osobą ze środowisk masońskich, z którą Grandtowi udało się nawiązać dialog – a, jak relacjonuje, „zagajał” przedstawicieli loży niemieckich, szwajcarskich i austriackich – był wielki mistrz Wielkiej Loży Austrii, Martin Kraus. Na pytania dziennikarza Kraus odpowiada w konwencji lawiranckich oświadczeń rzeczników prasowych, choć raczej w tonie chłodnej życzliwości niż „z automatu”. Z jego ust nie dowiemy się jednak niczego, co nie jest już dostępne w oficjalnych deklaracjach wolnomularstwa (np. na stronach internetowych lóż), a tym bardziej w pismach masonów, które miejscami zawierają bardzo intrygujące przemyślenia (jak w przypadku Alberta Pike’a czy Manly P. Halla). Jednak bardziej wymowne od łatwej do przewidzenia reakcji wolnomularzy było milczenie ze strony partii politycznych. Grandt sporządził bowiem listę pytań na temat aktywności masonerii w życiu politycznym i zwrócił się z prośbą o odpowiedzi do wszystkich (lub zdecydowanej większości) partii reprezentowanych w parlamentach Niemiec, Austrii i Szwacjarii. Były to kwestie w stylu: „czy w Państwa partii są także politycy będący członkami masonerii?” lub „czy Pani/Pana zdaniem rzeczywiście można pogodzić jednoczesne bycie politykiem i masonem?” Odpowiedź nadeszła jedynie od niemieckiej FDP (Wolnej Partii Demokratycznej) i była swojego rodzaju odpowiednikiem reakcji Martina Krausa. Dodatkowo FDP zadeklarowała częściową zbieżność ideałów własnych z masońskimi. Nadzieja, że chodzi jedynie o wspólnotę frazeologii, a nie faktycznych celów realizowanych metodą wykolegowania społecznych fundamentów „demokracji” wydaje się płonna – szczególnie w kontekście pozostałych reakcji na pytania Grandta.

Specyficzną solidarność środowisk politycznych i masońskich tłumaczy nie tylko obecność wolnych mularzy w konstytucyjnych organach władzy. Istotą zakulisowych powiązań nie są bowiem relacje koleżeńskie, które owocują sytuacjami korupcyjnymi, nepotyzmem i tym podobnymi codziennościami. Z ustaleń Grandta jasno wynika, że masoneria jest częścią rozległej struktury władzy, w której skład wchodzą m.in. tajne służby ze szczególnym uwzględnieniem CIA, politycy, finansjera, środowiska mafijne, a nawet dostojnicy kościelni. Sprawne funkcjonowanie tak szczególnego układ sił wymaga dyskrecji i lojalnej współpracy wszystkich uczestników zabawy. Konsekwencje zaniechań czy niesubordynacji są nieobliczalne, a osoby za nie odpowiedzialne mają znikome szanse na doczekanie kolejnej wiosny. Spektakularną ilustracją tych zależności jest przypadek włoskiej loży Propaganda Due. Według obiegowej opinii, szefował jej finansista Licio Gelli, jednak Grandt przytacza informacje sugerujące, że mózgiem P2 był siedmiokrotny premier Włoch – Giulio Andreotti. (Na liście jej członków figurował również Silvio Berlusconi, co poniekąd tłumaczy jego niezatapialność.) Do roku 1976 Propaganda Due działała pod jurysdykcją Wielkiego Wschodu Włoch, jednak faktycznym mocodawcą loży, jak dowodzi Grandt, była CIA. P2 zrzeszała znaczącą część włoskiego establishmentu, włącznie z przedstawicielami mafii, i stanowiła jedną z europejskich forpoczt amerykańskiego wywiadu. Lista „sensacji”, w których P2 odgrywała kluczową rolę jest długa i szczegółowo opisana przez Grandta, najbardziej znane z nich to upadek powiązanego z Watykanem Banco Ambrosiano, uprowadzenie i zabójstwo włoskiego premiera Aldo Moro, morderstwo bankiera Roberto Calviego i dziennikarza Mino Pecorelliego. O tym, że P2 nie jest tylko czarną owcą wolnomularstwa, ale raczej jedną z komórek międzynarodowego „układu”, świadczy m.in. dokonana przez Grandta rekonstrukcja wydarzeń związanych ze śmiercią Uwe Barschela, premier Szlezwiku-Holsztyna. I w tym przypadku mamy bowiem do czynienia z operacją na styku masonerii, polityki, mafii i tajnych służb. Barschel został znaleziony martwy w genewskim hotelu Beau-Rivage, w okolicznościach wykluczających samobójstwo. Według autora „Czarnej księgi masonerii”, premier Szlezwiku-Holsztyna szykował się do interwencji w sprawie nielegalnego handlu bronią na terenie swojego kraju związkowego. Problem w tym, że była to szeroko zakrojona operacja międzynarodowa, zabezpieczana przez osoby z najwyższych sfer władzy. Barschel musiał zdawać sobie z tego sprawę, może więc przecenił swoją pozycję lub nie wykazał się refleksem w próbie nagłośnienia afery.

Książkę Grandta czyta się miejscami jak oparty na faktach thriller polityczny. Tu jednak nie ma wielkiego znaczenia, „kto zabił”, ani nawet kto dokładnie był mocodawcą. Tym, co faktycznie trzyma w napięciu, jest tło wydarzeń – nowa mapa świata politycznego wyzierająca spoza prawno-medialnej fikcji określanej mianem demokracji. Przytoczone przez Grandta przykłady afer i morderstw politycznych to kropla w morzu „realnej polityki”, skrzętnie mistyfikowanej i dopasowywanej do możliwości – ale i oczekiwań – poznawczych przeciętnego konsumenta informacji. Te zakulisowe rozgrywki nie zawsze są podporządkowane doraźnym korzyściom wąskich grup interesu. Wiele wskazuje na to, że „pozakonstytucyjne ośrodki władzy” zaangażowane są w działanie bardziej doniosłe – realizowanie projektu o zasięgu cywilizacyjnym. Niestety tym razem nie chodzi o projekt społeczeństwa otwartego, ale jego rewers. To zresztą bardzo stary pomysł – opisał go już Platon w „Państwie”, ale w sedno trafił dopiero Fiodor Dostojewski w „Braciach Karamazow”. Masoneria pomaga bowiem wdrażać plan Wielkiego Inkwizytora – choć prawdopodobnie nie potwierdzi tego Wielki (Inspektor-Inkwizytor) Komandor.

Przemysław Ćwik

Guido Grandt „Czarna księga masonerii”, przełożyła Małgorzata Gawlik, wydawnictwo Wektory, 2010