Jean-Claude Kaufmann „Kiedy Ja jest innym”


Francuski socjolog pozbawia mnie „ja”?

Ostrzegano mnie przed francuskimi naukowcami. Wykręcają kota ogonem, dzielą włos na czworo, szukają dziury w całym, a potem tłumaczą, że to nie oni: Ja to ktoś inny – jak efektownie ujął to Rimbaud, którego Jean-Caude Kaufmann przytacza. Uczony przygląda się nam przez socjologiczne szkiełko i opiniuje, że nie jesteśmy nikim, kogo znamy. Każdy z osobna, rzecz jasna.

We wczesnej młodości uczestniczyłam w pewnym „spotkaniu z ciekawym człowiekiem”. Był nim wybitny aktor dostojniejszych scen polskich. Podczas wieczoru skupiał uwagę recytując „Wielką Improwizację”, a zapytany o swoje credo po głębszym zastanowieniu odpowiedział bardzo poważnie: „być sobą”. Ostatnio w jednym z kulturalnych programów radiowych aktorka niepoślednich scen polskich przyznała, że stara się „być wierna sobie”. Te aktorskie konotacje przychodziły mi na myśl podczas lektury  „Kiedy Ja jest innym”. Nie tylko dlatego, że na okładce książki widnieją maski. Słowa aktorów zapadły mi w pamięć. Zastanawiałam się skąd mają wiedzę na temat komu trzeba być wiernym będąc sobą. Przeszło mi nawet przez myśl, że właśnie aktorzy podkreślają tę konieczność bycia sobą z uwagi na fakt, iż tak często się zmieniają – na scenie są przecież tyloma innymi postaciami niż oni sami. Moje intuicje wzmocniła lektura Kaufmanna.

W świetle jego pracy usilnie starający się „być sobą” to frajerzy nie wiedzący o sobie wiele. Jednostka jest procesem niepewnym i złożonym: nie istnieje centrum bycia sobą. (…) – Pisze socjolog. – Należy ostatecznie rozstać się z ideą, jakoby jednostka posiadała w głębi jej samej swój autentyczny byt i swoją prawdę. Takie obiegowe wyrażenie, jak „być samym sobą” z punktu widzenia nauki nic nie znaczy. Jest ono tak rozpowszechnione właśnie dlatego, ze odpowiada ogólnie uznawanemu dążeniu epoki, marzeniu (niemożliwemu) o końcu urzeczywistnionej jedności bycia sobą.

Mocne słowa. I co z nimi zrobić? Może odpuścić sobie ów punkt widzenia nauki i po partyzancku „pozostać sobą”? Kaufmann choć może zniechęcić czytelnika swoją naukową szczerością, może także mu parę spraw wyjaśnić. Na przykład to, dlaczego ktoś, z kim rozmawiamy w różnych konwersacjach z równym zapałem broni skrajnie różnych poglądów. Albo: dlaczego podejmujemy decyzje, których konsekwencje ponosząc dziwimy się, jak mogliśmy dopuścić do takiego obrotu spraw. Po prostu – nie jesteśmy monolityczni. W różnych sytuacjach biorą nad nami górę coraz to różne postaci, które sobie wyobrażamy, marzenia, społeczne determinanty, konteksty. Pochłania nas zamęt życia, podświadoma historia, którą w sobie nosimy. Miotamy się w pogoni za swoim „ja”, a tego nie sposób dogonić, bo go nie ma. W histerycznym biegu, przypominającym pęd Królowej z „Alicji w Krainie Czarów”, pragniemy za wszelką cenę być kimś spójnym, co nadałoby sens naszej egzystencji. A tymczasem francuski socjolog  zaciera ręce, w które chwyta kolejne przypadki. Nie mam mu za złe odbierania złudzeń dotyczących mojego „ja”. Po co czytam książki, jeśli nie po to by zrozumieć świat i siebie. A nie ja jedna przecież dziwię się swojej niespójności. Choć trudno może zaakceptować tę płynność bytów, którymi jesteśmy (i tak będziemy utwierdzać się w spójności naszego „ja”) Kaufmann tłumaczy dlaczego tak często dziwimy się sobie. Choć tłumaczenie na sposób francuskiego naukowca może wydawać nam się mocno pokrętne, to jednak warto odkryć w tekście jakąś prostą prawdę. Może staniemy się bliżsi sobie, czyli komuś w nieustającym procesie zmian.

Justyna Polakowska

Jean-Claude Kaufmann „Kiedy Ja jest innym”, przełożyła Alina Kapciak, Oficyna Naukowa, 2012