Roy. F. Baumeister „Zwierzę kulturowe. Między naturą a kulturą”


KISS, KISS– wersja SSSM 2012

Roy Baumeister jest autorem dobrze znanym zwłaszcza w amerykańskim środowisku psychologów społecznych i socjologów, przy czym w tym wypadku powyższe „zwłaszcza” nie wyklucza, oczywiście, międzynarodowej sławy uczonego, związanego z konkretnym ośrodkiem naukowym (tu: Florida State University in Tallahassee na Florydzie). W istocie, według ISI Highly Cite – listy cytowań, prowadzonej przez Institute for Scientific Information, był on na przykład najczęściej cytowanym  autorem roku 2003. Jego biografia naukowa obejmuje ponad 500 różnego typu publikacji oraz autorskich i współautorskich książek dotyczących sztuki życia, społecznych wymiarów płci, zła, okrucieństwa i przemocy, ale też samokontroli, współpracy, wolnej woli, tożsamości, alkoholizmu, duchowości – słowem nieomal pełnego spectrum natury ludzkiej w ujęciu psychologicznym.

Dobrze się zatem stało, iż PWN zdecydowało się na polskie wydanie jednej z jego książek –  „Zwierzęcia kulturowego…” (wyd. oryginalne „The Culural Animal. Human Nature, Meaning and Social Life” – 2005.) w świetnym zresztą przekładzie Doroty Stefańskiej-Szewczuk. Dobrze nie tylko dlatego, że światowej sławy i tak płodny uczony powinien być szerzej znany także u nas – a to właśnie gwarantują tłumaczenia – dobrze również dlatego, że  psychologia społeczna i kulturowa, a nawet psychologia ewolucyjna, ku której zwraca się Baumeister, wykładana jest coraz powszechniej na polskich uczelniach, a nowoczesnych podręczników jakby „na lekarstwo” (nawiasem mówiąc,  być może dlatego, iż – nie wiedzieć czemu –  podręczniki akademickie nie są punktowane przez nasze ośrodki decyzyjno-parametryzacyjne).

Nie znaczy to, bym akurat  „Zwierzę kulturowe…” traktowała i rozpoznawała jako podręcznik.  W zasadzie nie jest  podręcznikiem nawet w potocznym tego słowa rozumieniu, nie niesie bowiem z sobą sproblematyzowanych zadań dla studenta i wskazówek dla nauczyciela, którymi mogliby się posiłkować przy przechodzeniu na kolejny level zagadnienia. Jest raczej wartym uwagi głosem w toczącej się od lat dyskusji nad wzajemnymi wpływami „dwóch kultur” Ch. P. Snowa, wykładem (ciągiem wykładów), któremu przyświeca quasi-ewolucjonistyczna teza, brzmiąca: Określenie człowieka mianem zwierzęcia kulturowego jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że został zaprojektowany przez naturę do uczestnictwa w kulturze.  O tym, czemu „quasi” za chwilę, teraz relacja.

Baumeister, odwołując się do współczesnych ustaleń biologii ewolucyjnej, a nawet socjobiologii,  krok po kroku i rozdział po rozdziale, z wielką swadą zresztą, dowodzi miejsca kultury w procesie budowania się natury ludzkiej, którą rozpoznaje jako specyficzną w świecie natury,  bo przejawiającą „pęd do kultury”, zupełnie obcy innym gatunkom zwierzęcym. Rozważa, jak funkcjonuje ludzka psychika, jak ludzie myślą, jak postępują i reagują, jak budują interakcje, jak przeżywają siebie i innych, jak doświadczają świata i wreszcie, jak go konstruują poprzez i dzięki kulturze. W tej prezentacji przyświeca mu przekonanie, iż Ewolucyjne podobieństwa i różnice kulturowe to nie jedyny sposób myślenia. Bardziej pozytywną i przekonującą wizję natury ludzkiej można stworzyć, skupiając się na ewolucyjnych różnicach i podobieństwach kulturowych. To znaczy, żeby zrozumieć, co sprawia, ze jesteśmy wyraźnie ludźmi, psychologowie powinni wytrwale szukać opartych na biologii różnic między ludźmi i innymi gatunkami (s. 398). Ponieważ taka wizja natury ludzkiej, ba, nawet taka sama jak u Baumeistera koncepcja kultury, dominuje w naukach społecznych przynajmniej już od 150 lat, stanowiąc bastion ich standardowego modelu (nazwanego przez socjobiologa E.O. Wilsona  Standard Social Science ModelSSSM), w którym wartości, społeczeństwo i wychowanie przyjmowane były za punkt wyjścia do ujmowania natury ludzkiej – zasadniczo wspólnej całemu naszemu gatunkowi i zasadniczo różnej od natury innych gatunków zwierzęcych, warto się zastanowić, czemu Baumeisterowi zależy na wykazaniu czegoś, co powielekroć zostało już wykazane? Z kim/czym polemizuje w swojej, liczącej prawie 450 stron pracy?  I czemu jego swobodnej, pełnej zwrotów do czytelnika i żartobliwych a oświecających scenek z życia „przeciętnego Jacka i Lindy”, towarzyszy takie napięcie i chęć wykazania słuszności fundowanych rozstrzygnięć, skoro bynajmniej nie godzą one w stary paradygmat?

Otóż – jak się wydaje  – ukrytym aktorem dialogu, prowadzonego tu przez uczonego jako zobiektywizowany i spójny wywód akademicki, ale jednak wewnętrznie głęboko intertekstualny, wcale nie jest  student psychologii społecznej, ani nawet jej wykładowca (a więc nie podręcznik!); jest nim właśnie to, z czym Baumeister usiłuje się zmierzyć – psychologia i biologia ewolucyjna, coraz dobitniej wykazująca podobieństwa człowieka do innych zwierząt oraz… znakomita część społeczeństwa amerykańskiego, które, po prostu, nie chce się z nimi zgodzić. I to nie ze względów naukowych, co po prostu światopoglądowych.  Podobnie zresztą jak sam Baumeister, co akurat w wypadku uczonego, a równocześnie poczytnego (i zapewne zarabiającego na tym krocie) autora poradników dla przeciętnego Amerykanina musi stanowić nie lada dylemat.

Autor „Zwierzęcia kulturowego…” jest dobrze zorientowany w rozwijających się coraz prężniej badaniach biologicznych nad naturą ludzką, zna ich główne koncepcje i ustalenia. Dowodzi tego nie tylko bogata literatura, której końcowe zestawienie może dobrze służyć jako przewodnik po współczesnej socjologii i psychologii w jej różnych odmianach, ale i znajdujące się w pracy omówienia niektórych koncepcji biologów i socjobiologów. Baumeister odnosi się zarówno do Dawkinsa, jak Lorenza, Eibl-Eibesfeldta, Fishera , Damasio, Dunbara, Diamonda, Bussa czy Goulda, a nawet Ridleya, ale …co ciekawe, nigdzie nie cytuje Goeffreya Millera, też Amerykanina, ani Amotza Zahaviego ani Conniffa, a Edwarda O. Wilsona – inicjatora programu konsiliencji nauk społecznych z przyrodoznawstwem oraz autora koncepcji koewolucji genetyczno-kulturowej (która niczym widmo ojca Hamleta stoi za sceną Baumeistera) – omija tak szerokim łukiem, że aż prawie na pewno dlatego, aby nie być posądzonym przez własne środowisko naukowe o sympatię dla socjobiologii. Jego celem jest bowiem wykazanie, że chociaż ustaleniom biologii i psychologii ewolucyjnej trudno zaprzeczyć, to jednak nie mają one racji.

Cóż, trudne zadanie, ale jeśli zastosować technikę KISS  – da się wykonać.

W tym celu, znając zagadnienie, należy podejść wybiórczo do ustaleń biologii i psychologii ewolucyjnej; dobrać to, co pasuje do koncepcji zwierzęcia kulturowego, a co nie pasuje – zbagatelizować (np. niektóre koncepcje zwierzęcego altruizmu odwzajemnionego, różne koncepcje inteligencji, zwłaszcza tzw. inteligencji makiawelicznej, inwolucji, domestykacji,  agresji wewnątrzgatunkowej, teorię upośledzeń itd.). Warto również, pomijając innych teoretyków kultury, przyznać Cliffordowi Geerzowi autorstwo koncepcji kultury, która sprowadzi ją do  systemu znaczeń, jakich inne, niekulturowe zwierzęta nie mają, byśmy sami doszli do wniosku, że:  bez kultury i społeczeństwa bylibyśmy tylko przebiegłymi bestiami na łasce otoczenia. Czyli c.n.d. –  albo inaczej mówiąc, co należało udowodnić zwierzęciu kulturowemu, mocno już zaniepokojonemu tymi wszystkimi biologicznymi „ciekawostkami” o podobieństwie społeczeństw ludzkich do rozrastającej się jak rak termitiery, czy genetycznym uwarunkowaniu sukcesów sportowych albo wrodzonej naszemu gatunkowi agresji i żądzy dominacji – wykonano. Jednocześnie należało również udowodnić rozeznanie w teoriach biologicznych, bo współczesny psycholog nie może ich pomijać milczeniem, udawać, że nie słyszał nigdy o ”samolubnym genie” Dawkinsa, czy Dunbarowskiej koncepcji plotki jako społecznej formie iskania. Ale i to się powiodło; znajomość ewolucjonistycznych rozstrzygnięć została udowodniona, tym niemniej jednak to optymistyczny dla zwierzęcia kulturowego koniec wieńczy dzieło. Zresztą w sposób naprawdę tak optymistyczny i spektakularny, że aż nie sposób tego pominąć.

Otóż w Epilogu , w którym autor powraca do swojej głównej tezy, iż Natura ludzka jest zaprojektowana w taki sposób, by umożliwić każdemu człowiekowi przynależność do kultury – o czym jeszcze za chwilę – znajdujemy m.in. takie oto zdania, dowodzące wg Baumeistra trafności jego tez: Pół wieku temu egzystencjaliści twierdzili, że rodzimy się i umieramy sami. Ściśle rzecz biorąc, prawdopodobnie się mylili: większość ludzi w krajach rozwiniętych rodzi się i umiera w szpitalach, w otoczeniu najnowszej, stworzonej przez kulturę techniki, są doglądani przez doskonale wyszkolonych profesjonalistów, opłacanych ze środków finansowych kultury. I na tej samej stronie: Dziecko, które przychodzi dziś na świat jest dziedzicem bezcennego daru tysięcy lat zakumulowanej wiedzy i kilku niezwykle wyrafinowanych systemów społecznych, które będą je chronić przed złą pogodą i drapieżnikami, zaoferują mu obfitość smacznego, pożywnego jedzenia, wielokrotnie sprawdzonego pod kątem bezpieczeństwa, w razie potrzeby otoczą je opieką medyczną, zaoferują odpowiedni wybór towarzyszy i kolegów do zabawy, zapewnią rozliczne przyjemności, jak zabawki, muzyka i obraz wideo, a także zapewnią miejsce w systemie szkolnictwa… itd, itd. Cóż, trzeba przyznać, że jak na światowej sławy psychologa społecznego, zapewne czytającego z namysłem nie tylko Sartra, ale także prasę codzienną i śledzącego doniesienia ze świata (na przykład z Burundi, Sierra Leone, Rwandy, Somalii, Zambii, Korei Północnej…) no i zaznajomionego z biologicznymi teoriami człowieka (czego przecież dowiódł w pracy), Baumeister wykazuje…..hmm, nazwijmy to  zdumiewający…optymizm. Taki, za którym, w moim odczuciu,  może stać tylko niedyskutowalna wiara w wyjątkowość stworzenia, zwanego w książce „zwierzęciem kulturowym”, bo na pewno nie naukowy obiektywizm i zdystansowana ocena tegoż zwierzęcia, jaką budują nauki biologiczne. Na pewno nie stoi też za nim dogłębne zrozumienie ewolucji, mimo używania tego terminu prawie na każdej stronie. Baumeister pisze na przykład tak: ewolucja wybrała nas na użytkowników języka,  albo: Matka Natura doceniła wartość mowy jeszcze zanim pojawiliśmy się na scenie i zaprojektowała nas tak, byśmy mogli na tym skorzystać, albo – Natura ludzka jest zaprojektowana w taki sposób, by umożliwić każdemu człowiekowi przynależność do kultury. I tak, średnio co dziesięć stron, przetykanych zresztą teoriami Cosmides i Tooby’ego czy nawet Lorenza,  czytamy u Baumeistea, że natura tak wybierała cechy i tak nas celowo zaprojektowała, abyśmy mogli stać się zwierzęciem kulturowym. Mało tego, projekt nie tylko się powiódł, ale wiedzie również do budowy optymalnych dla człowieka systemów społeczno-politycznych (społeczeństwa liberalnego i kapitalistycznego, gdyby ktoś miał wątpliwości).

Ponieważ, jak przyjmuje cała biologia ewolucyjna, ku której przecież autor się zwraca, ewolucja niczego nie projektuje, bo jest efektem sił ślepego doboru, a człowiek pojawił się raczej jako skuteczna mutacja, a nie celowy „projekt”, czego autor w ogóle zdaje się nie przyjmować do wiadomości,  wnosić można, iż mamy w tym przypadku do czynienia z jakąś postacią amerykańskiej wizji „inteligentnego projektu” albo nową wersją kreacjonizmu, absolutnie nie uwzględniającą przygodności naszego gatunku na mapie świata. No i  wersją gromadzącą argumenty, jakich nie powstydziłby się Charls Hodge, którymi to argumentami zakończę tę recenzję, zachęcając jednak do lektury, bo nic tak dobrze nie robi polskiemu odbiorcy, jak specjalnie dla niego napisana Przedmowa ( patrz dzieło), w której ktoś wielki i nagradzany docenia naszą kulturę, spostrzegając „przenikliwie”: Można by oczekiwać, iż owa nierzadko ponura historia doprowadziła Polaków do odrzucenia idei lub walorów kultury. Polacy jednak kontynuowali swoją walkę o stworzenie dla siebie lepszej kultury i lepszego społeczeństwa.

Zatem jeszcze argumenty.  Na wstępie swego dzieła Baumeister pisze: Współczesny człowiek może z dumą stwierdzić, że nie zabija ani nie uprawia spożywanego przez siebie jedzenia – kupuje je w restauracjach i supermarketach. W podbramkowej sytuacji zamawia posiłek do pokoju hotelowego. Żaden inny gatunek nie korzysta z restauracji czy obsługi hotelowej. Zapewne podczas suszy czy długiej zimy wilk z przyjemnością udałby się do supermarketu po paczkowane mięso, ale wilki nie mają kultury, więc nie potrafią stworzyć supermarketów.  Komentarz, oczywiście, sam ciśnie się na usta – głupie wilki, one na pewno nie zostały celowo zaprojektowane, no chyba jedynie po to, żeby człowiek mógł je zabijać i zdobić ich futrami swoje wspaniałe, kulturowe ciało.

I jeszcze jedno zdanie – niestety, nie mogę sobie tego odmówić po lekturze długo oczekiwanej książki: Wielu autorów podkreśla, że szukanie pary u ludzi ma wiele wspólnego z podobnymi zachowaniami w świecie zwierząt, co stanowi odzwierciedlenie wspólnej spuścizny ewolucyjnej i wspólnych problemów reprodukcji seksualnej […] Żadne inne zwierzę jednak nie musi szukać adwokata czy występować w sądzie, żeby odejść od już niechcianego partnera seksualnego.

Czy trzeba jeszcze dodawać coś innego?

Bardzo pouczająca lektura, bardzo. Bylebyś nie komplikował sprawy, głupku.

Kiss, Kiss.

Dobrosława Wężowicz- Ziółkowska

Roy. F. Baumeister, „Zwierzę kulturowe. Między naturą a kulturą”, przełożyła Dorota Stefańska-Szewczuk, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011.

* ang. Keep It Simple, Stupid, czyli nie komplikuj, głupku.