Zygmunt Bauman „Straty uboczne. Nierówności społeczne w epoce globalizacji”


Odrażający, brudni, źli…

Społeczno-naukowe obsesje Zygmunta Baumana, bez wątpienia jednego z najbardziej aktywnych i wziętych socjologów XX. stulecia, a jak się okazuje, także jednego z bardzo płodnych badaczy minionego dziesięciolecia wieku XXI, są w zasadzie dość powszechnie znane. Bauman od lat krytykuje skutki globalizacji, diagnozuje (dodajmy – wnikliwie) przemiany dawnych struktur społecznych, tropi ślady kulturowo-społecznych transformacji, stawia pytania o ponowoczesną etykę i odpowiedzialność, rozpoznaje skomplikowane ścieżki włóczęgów i turystów, namyśla się nad płynnością nowoczesności, szuka źródeł społecznego zła, krytykuje kapitalizm, globalizację, nasze obsesje czystości, nasze obsesje postępu. I z biegiem lat, z biegiem dni Bauman coraz bardziej się martwi. O przyszłość państw narodowych, o kulturę, o człowieka i coraz mniej… o siebie. Taki akurat porządek zmartwień tego uczonego ( zresztą każdego, jakiej by nie reprezentował dyscypliny naukowej), coraz bardziej mnie ku Baumanowi przekonuje i skłania, ponieważ żyjemy w czasach, które wymagają skupienia wszystkich sił intelektualnych  i wszystkich środków, jakimi jeszcze dysponują nauki humanistyczne właśnie nie na sobie, ale na tym,  co stanowi największe zagrożenie naszego świata – na narastającej nienawiści i lęku. A to właśnie, przynajmniej w moim odbiorze, przeciw nim napisana jest ta książka. Nie po to jednak, aby je odrzucić, projektować na innych, ale aby je przyjąć jako własne, dokonać (jakby to ujął C. G. Jung)  integracji Cienia, który coraz szerszym kręgiem kładzie się na jednostkach i społeczeństwach, kryjąc dzisiaj swą istotę pod dość niewinnym określeniem „straty uboczne”. Taki też, znaczący tytuł nadał autor swoim rozważaniom, bardzo zresztą gorzko brzmiący zwłaszcza w kontekście, z którego został zaczerpnięty i wobec którego zostaje tu odniesiony. Znaczący, bo [t]erminy „ofiara towarzysząca” (collateral victim/casualty) bądź „strata uboczna” (collateral damage) – pisze Bauman – ukute zostały niedawno w nomenklaturze wojsk ekspedycyjnych i spopularyzowane przez dziennikarzy relacjonujących działania tego typu sił; oznaczają one niezamierzone, niezaplanowane – niektórzy powiedzieliby, niesłusznie, „nieprzewidziane” – skutki, które w każdym wypadku stanowią szkody, straty i zniszczenia. Gorzki, bo odniesiony do społeczeństwa płynnej nowoczesności, a ściślej – znacznej jego części, całej rzeszy ludzi coraz wyraziściej marginalizowanych i rozpoznawanych jako „zbędni” w bogatych i coraz bardziej bogacących się krajach Zachodu (Stanów Zjednoczonych i Europy). Chociaż we „Wprowadzeniu” autor określa tych „zbędnych” jako po prostu biednych, bezrobotnych bądź pracujących tylko dorywczo, to każdy kolejny rozdział książki grupę tę uszczegóławia i uściśla, adekwatnie do analizowanych obszarów „strat ubocznych”. Te zaś w różnych krajach bogatego Zachodu bywają różne – czarnoskóra większość mieszkańców Nowego Orleanu, afrykańscy imigranci we Włoszech, Turcy w Niemczech, Tunezyjczycy we Francji, Polacy w Irlandii, Cyganie w Słowacji, Ukraińcy w Polsce itd., itd., ale też – patrząc z innej nieco perspektywy – cała uboga ludność obu półkul wobec sytej i zasobnej. Również ci, którzy będąc pełnoprawnymi obywatelami własnych krajów, nie nadarzają w wyścigach po finansowy sukces, nie potrafią prywatnie „rozwiązywać sprzeczności systemu”.

Dokonując analiz tej globalnej dzisiaj sytuacji ludzi, którzy nadal zakładają, iż państwo będzie chronić interesy słabszych, ale i analizy przemian zachodzących w systemach państwowych, Bauman stwierdza: Niezdolność jednostki do angażowania się w grę rynkową przy użyciu własnych zasobów i na własne ryzyko jest coraz częściej kryminalizowana lub poczytywana za zamiar przestępczy albo potencjalne zarzewie przestępstwa. Co to oznacza, o ile jest prawdą, a na prawdę jednak wygląda? Oznacza ni mniej ni więcej, tylko tyle, że każdy z nas może stać się Cyganem na własnej ziemi, bez względu na to, jak głęboko sięgają jego obywatelskie korzenie, którymi wrósł w społeczną materię ojczyzny. Ojczyzny bowiem już w zasadzie nie ma – została sprywatyzowana, wykupiona po kawałku przez tych, którzy nie boją się angażować w grę rynkową od tych, którzy (w demokratycznym procesie wyboru) zostali desygnowani na archontów, reprezentantów naszych interesów. „Ojczyzna” się przeżyła, podobnie jak władza lokalna i idea etat providence – państwa chroniącego „wiernych” przed nieprzychylnymi kolejami losu. Władza nie ma już wpływu na kapitał, ubodzy, czy tylko mniej zaradni, gdzie by nie mieszkali i jakie pełnili funkcje, mogą wskutek „nieprzewidzianych” okoliczności wejść w „straty uboczne” systemu, jaki na dobre zagościł na całym globie.

Mimo więc, że przedstawione wyżej wątki książki Baumana sugerują, iż jest to rozprawa o eskalującym ubóstwie i nierówności społecznej oraz wydziedziczeniu, myliłby się ten, kto by sądził, że ubodzy stanowią główny przedmiot troski jej autora. Oczywiście, stanowią, ale „Straty uboczne” to jednak przede wszystkim, jak powiedziano na wstępie,  dziesięć przekonujących  wykładów o lękach i bezbronności, o poczuciu zagrożenia i upokorzeniu, na które cierpi jednostka w społeczeństwie wyzbytym moralności, albo lepiej – społeczeństwie, którego jedyną miarą moralności jest bogactwo. W dziesiątym wykładzie pt. „Wir arme Leut…”(Biedacy my…), splatając ze sobą wszystkie wcześniej podjęte wątki dolegliwości globalizacji, Bauman zauważa: Łańcuszek prowadzący od niepewności, przez uczucia bezsiły, wstydu i upokorzenia, do wstrętu do samego siebie, samoobrzydzenia i samonienawiści, kończy się poszukiwaniem winnego „gdzieś tam w świecie”, owego kogoś, wciąż nieznanego i anonimowego, niewidocznego bądź zamaskowanego, kto knuje spiski przeciwko mojej (naszej) godności i szczęściu oraz naraża mnie (nas) na ten nieznośny ból upokorzenia. Wykrycie i zdemaskowanie tego kogoś to sprawa nad wyraz pilna, gdyż potrzebujemy celu, na którym moglibyśmy wyładować swój tłumiony gniew.[…] Z uporem przekonujemy, że nienawidzimy, ponieważ pragniemy, by świat był wolny od nienawiści. Pokrętny to i mocno zapętlony łańcuszek, który zdaniem Baumana – w finale – najlepszym obiektem wyładowania tego gniewu i wściekłości czyni właśnie wszelkiej „maści” bezdomnych, słabych i upokorzonych. To oni ponoszą konsekwencje społecznych frustracji, stając się kozłem ofiarnym zagęszczającego się lęku i nienawiści. Ponieważ jednak grupa tych słabych i upokorzonych, jak nadmieniono,  może obejmować również tych, którzy nie będą w przyszłości potrafili, albo już nie potrafią  „biograficznie rozwiązać sprzeczności systemu”, może się w niej znaleźć w zasadzie każdy, zarówno słaby bo stary, jak słaby bo…za młody.

Taka diagnoza autora, oczywiście, nie jest niczym specjalnie odkrywczym po ustaleniach psychoanalizy i Rene Girarda, sformułowanych już wiele tal temu, chociaż potwierdzenie teorii psychoanalitycznych przez socjologa społeczeństwa ponowoczesnego ma swoją wagę. Istotniejsze jednak wydaje się co innego – nie zwerbalizowana wprost, ale czytelna obawa przed narastaniem społecznej i indywidualnej paranoi, obsesyjnego poszukiwania winnego, teraz już jednak także poza grupą wiktymologicznie predestynowaną – biednymi tego świata,  oraz zupełna „normalność” tych, którzy winnych tropią, demaskują i w imię różnych wartości – ojczyzny, ziemi naszej, wolności, prawdy, higieny, Boga,  skazują zaocznie na śmierć. Zaocznie, ale i bezpardonowo, w mowie i uczynku. Może więc jednak Bauman boi się także o siebie, uświadamiając i nam przy okazji, że z punktu widzenia kogoś, kto cierpi na kompulsywną potrzebę tworzenia zabezpieczeń każda, nawet wspierająca dłoń, może zostać odcięta jako zagrażająca? Może nawet moja prawa ręka odetnie kiedyś lewą, byle ta nie wskazała: nienawiść mieszka w tobie i z ciebie płynie? A ja uznam to za społeczne „straty uboczne” i jednocześnie „wartość dodaną” – ten jedyny, pożądany cel triumfującego konsumpcjonizmu?

Dobrosława Wężowicz-Ziółkowska

Zygmunt Bauman „Straty uboczne. Nierówności społeczne w epoce globalizacji”, przełożył Justyn Hunia,  Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2012.